Wojna handlowa między Ukrainą a Rosją

23
08

2013
12:32

Od 20 lipca tego roku trwa wojna handlowa między Rosją a Ukrainą. Jej inicjatorem była strona rosyjska, która rozpoczęła blokowanie przywozu ukraińskich towarów na swój rynek.

Ofiarą tych działań padła m.in. firma Roshen – produkująca słodycze, firma Obłoń – produkująca piwo, ukraińscy eksporterzy owoców i warzyw, przetworów mlecznych i innych towarów o krótkim terminie spożycia. Rosyjskie władze państwowe umywały ręce, zaprzeczając swojej inicjatywie w tej kwestii, przedstawiając trudności ukraińskich eksporterów jako efekt służbistości rosyjskich organów celnych i sanitarnych. Strona ukraińska tymczasem liczyła straty, które już powstały wskutek zniszczenia towarów w unieruchomionych na granicy transportach i które nastąpią, jeśli postępowanie strony rosyjskiej nie ulegnie zmianie. Szacuje się, że do końca roku straty mogą wynieść 2,5 mld dolarów.

Motywy

Zastanawiano się także nad przyczynami, które skłoniły stronę rosyjską do zainicjowania wojny handlowej. Dostrzegano tu dwa motywy: ekonomiczny i polityczny. Motywem ekonomicznym miała być chęć zemsty za ograniczanie przez Ukrainę zakupów rosyjskiego gazu. Te ograniczenia były znaczne i mocno finansowo dotknęły Gazprom. „Gazowa broń Rosji”, jak często określany jest Gazprom, znajduje się w trudnej sytuacji, a niektórzy nie wykluczają nawet bankructwa koncernu.

Załamały się bowiem jego ambitne plany ekspansji w stronę prężnie rozwijającej się Azji Południowo-Wschodniej. Chiny, które uczyniły znaczny postęp w technologii wydobywania własnego gazu łupkowego, nie zamierzają przywiązywać się do rosyjskiego dostawcy. Japonia, która płaci za gaz nawet 600 dolarów za tysiąc m3, również nie wykazuje takiej ochoty, mając w perspektywie dostawy znacznie tańszego gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych. Rosyjski gigant gazowy skazany jest więc na rynek europejski, ale tutaj, jak podają źródła rosyjskie, musi zadowolić się średnią ceną na poziomie 350 dolarów za tysiąc m3. Niechlubnym wyjątkiem jest pod tym względem Polska. Rząd Donalda Tuska zgodził się bowiem płacić Gazpromowi 575 dolarów za tysiąc m3 gazu.

Motyw polityczny, który skłonił Kreml do antyukraińskiej akcji (nikt bowiem nie wierzy w samowolę służb celnych i sanitarnych), wiąże się ze spodziewanym podpisaniem umowy stowarzyszeniowej między Unią Europejską a Ukrainą, co może nastąpić w końcu listopada bieżącego roku w trakcie szczytu Partnerstwa Wschodniego, który odbędzie się w Wilnie. Moskwa niejednokrotnie oznajmiała, że umowa taka narazi Ukrainę na retorsje gospodarcze ze strony Rosji.

Jako alternatywę zbliżenia z UE przedstawia jej natomiast wstąpienie do Związku Celnego obejmującego do tej pory, oprócz Rosji, także Białoruś i Kazachstan – nie szczędząc przy tym hojnych obietnic, np. redukcji nawet o połowę cen gazu ziemnego, ale w zamian za przekazanie jej ukraińskiej infrastruktury gazociągowej.

W tej kwestii kierownictwo rosyjskie wykazuje wielką determinację. Związek Celny pomyślany jest jako baza ekonomiczna pod przyszłą polityczną reintegrację przestrzeni postsowieckiej w oparciu już nie o ideologię marksistowsko-leninowską, ale o geopolityczną doktrynę eurazjatyzmu. W kołach rosyjskich panuje także słuszne skądinąd przekonanie, że bez udziału Ukrainy jakakolwiek reintegracja obszaru dawnego Związku Sowieckiego pozbawiona jest sensu.

Jak najdalej od Moskwy

Ukraińskie władze państwowe zachowały słowną wstrzemięźliwość wobec działań strony rosyjskiej. Ukraińska opinia publiczna zareagowała natomiast oburzeniem. Winternecie została zainicjowana akcja odwetowa. Wezwano do bojkotu rosyjskich towarów, podając ich kod cyfrowy.

Głosy oburzenia pojawiły się na łamach ukraińskiej prasy. Ich sens streszczał się w ocenie, że Rosja rozpoczęła niewypowiedzianą wojnę z Ukrainą, aby uniemożliwić jej dokonanie „europejskiego wyboru”. „Ukraińska Prawda” stwierdzała 19 sierpnia, że Ukraina musi wyrwać się ze „strefy przyciągania rosyjskiej, wszystko pochłaniającej czarnej dziury”. Wykluczała ona jakiekolwiek związki organizacyjne z rosyjską sukcesorką Związku Sowieckiego, stwierdzając: „Rosji nie uda nam się zmienić, ona nie potrafi żyć na zasadach równoprawnych stosunków z sąsiadami”. W internecie pojawiła się opinia jednego z internautów, że polityka Putina wobec Ukrainy potwierdza tezę ukraińskich ideologów: „jak najdalej od Moskwy!”.

W kołach ukraińskich panuje także przekonanie o nierównoprawnych stosunkach panujących w ramach Związku Celnego. Nana Czernaja z agencji informacyjnej UNIAN stwierdzała, że mechanizmy funkcjonowania tej organizacji zostały tak ustalone, że zapewniają korzyści jedynie wielkim graczom handlującym gazem, ropą naftową, zbożem czy metalami, a więc praktycznie Rosji. Drobny biznes jej nie potrzebuje, a średni nie potrafi dostrzec i wykazać korzyści, które jakoby niosła ze sobą. Dlatego też była zdania, że wejście w skład Związku Celnego to droga donikąd, niosąca ponadto groźbę zahamowania rozwoju gospodarczego kraju.

Tę opinię potwierdza sytuacja Kazachstanu. Kazachowie uskarżają się, że po wejściu w skład Związku Celnego ich przemysł znalazł się na progu bankructwa, nie mogąc sprostać konkurencji ze strony przede wszystkim rosyjskich towarów. Koła opozycyjne noszą się nawet z myślą przeprowadzenia referendum w sprawie wystąpienia Kazachstanu ze Związku Celnego. Nieoczekiwane potwierdzenie słuszności ukraińskich analiz co do zasad funkcjonowania tej organizacji przyszło z ust znanego skądinąd orędownika jak najściślejszej integracji z Rosją, prezydenta Białorusi Alaksandra Łukaszenki. Na konferencji prasowej w Mińsku 14 sierpnia br. Łukaszenka stwierdził, że „Rosja oszukała Białoruś”, Związek Celny nie funkcjonuje w normalny sposób, a Moskwa nie wypełniła swoich obietnic złożonych przy tworzeniu tego projektu. „Jest dyrektywa, żeby nie wpuszczać Białorusi na rosyjski rynek” – uskarżał się prezydent.

Gdyby Związek Celny działał według klasycznych, przyjętych w cywilizowanym świecie reguł – mówił Łukaszenka, broniąc poniekąd integracyjnego kursu w swojej polityce – gdyby nie funkcjonowały bariery w handlu, to mógłby odegrać pozytywną rolę. Niestety – ubolewał – z inicjatywy Moskwy dochodzi do cyklicznych restrykcji wobec poszczególnych grup białoruskich towarów, czego efektem są głośne wojny: cukrowa, mleczna, mięsna i inne.

Czy Moskwie uda się złamać Ukrainę, skłonić ją do odstąpienia od zachodniego kierunku integracji? Doświadczenia historyczne, chociażby polsko-niemiecka wojna celna z lat 1925-1926, kiedy to wskutek niemieckich restrykcji ustał niemal eksport towarów polskich do Niemiec, a były one odbiorcą 40 proc. polskiego eksportu, każą wątpić w powodzenie akcji Kremla. Polska bowiem po pewnym czasie znalazła nowe rynki zbytu i przestała być zależna w wymianie handlowej od niemieckiego partnera.

Podobny proces daje się zauważyć w ukraińsko-rosyjskiej wymianie handlowej. Wzajemne obroty spadają. Wymiana handlowa między obydwoma partnerami w 2012 roku była o 10 proc. mniejsza niż w roku poprzednim. Tendencja spadkowa utrwala się. W pierwszym półroczu 2013 roku eksport ukraiński do Rosji zmalał o 13,5 proc. i wyniósł 7,6 mld dolarów. Jeszcze wyższy był spadek importu ukraińskiego z Rosji, bo wyniósł aż 29,3 proc. – do 9,6 mld dolarów. Dzieje się tak za sprawą wydatnego ograniczania przez Ukrainę zakupów rosyjskiego gazu. Tak więc na polu ściśle gospodarczym strona ukraińska, po przejściowych trudnościach, z pewnością wyszłaby obronną ręką z tej konfrontacji.

Zwrot ku Azji

Pozostaje wszakże aspekt polityczny. Koła ukraińskie są świadome faktu, że Moskwa w celu przeciwdziałania stowarzyszeniu Ukrainy z UE uruchomi swoją, działającą na ukraińskim obszarze agenturę wpływu, ale przede wszystkim użyje swoich wpływów wewnątrz UE. Tu sprawa jest oczywista, chociaż głośno niepodnoszona. Czynnikiem, który może udaremnić „europejski wybór Ukrainy”, jest Berlin.

Nie tak dawno temu Fundacja im. Friedricha Eberta opublikowała niemieckie scenariusze geopolityczne na najbliższą przyszłość. Ich punktem wyjścia jest program amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy określany hasłem: „pivot to Asia”(zwrot ku Azji). Zatem: „Eurazja jest nasza” – zdają się mówić owe ekspertyzy. Ich motywem przewodnim jest bowiem myśl geopolitycznego zagospodarowania eurazjatyckiej przestrzeni geopolitycznej w mniej lub bardziej ścisłej współpracy z Rosją. Kraje położone między Niemcami a Rosją są traktowane jako „ziemia niczyja”, jako niezdolne do sformułowania i realizacji własnego programu geopolitycznego.

Jednakże wbrew temu koła ukraińskie skłonne są pokładać nadzieje w zmianie polityki amerykańskiej. Prezydent Obama bowiem w trakcie konferencji prasowej 8 sierpnia tego roku ogłosił konieczność „pauzy” w zainicjowanej przez siebie w 2009 roku polityce „resetu” wobec Rosji. Zapowiedział także ożywienie kontaktów ze skandynawskimi ibałtyckimi sojusznikami Stanów Zjednoczonych. „Pora wracać do Europy Wschodniej !” – zaapelował w związku z tym ukraiński ekspert Aleksander Kramar. Ale aby poszerzyć i umożliwić pełny powrót USA do Europy Wschodniej, nie wystarczy wola działania w tym kierunku krajów bałtyckich i nawet Ukrainy. Konieczne jest także działanie Polski. Niestety, obecna ekipa rządząca kieruje się hasłem premiera Donalda Tuska uwidocznionym swego czasu na billboardach: „nie róbmy polityki…”, także polityki zagranicznej.

Ofiarą tych działań padła m.in. firma Roshen – produkująca słodycze, firma Obłoń – produkująca piwo, ukraińscy eksporterzy owoców i warzyw, przetworów mlecznych i innych towarów o krótkim terminie spożycia. Rosyjskie władze państwowe umywały ręce, zaprzeczając swojej inicjatywie w tej kwestii, przedstawiając trudności ukraińskich eksporterów jako efekt służbistości rosyjskich organów celnych i sanitarnych. Strona ukraińska tymczasem liczyła straty, które już powstały wskutek zniszczenia towarów w unieruchomionych na granicy transportach i które nastąpią, jeśli postępowanie strony rosyjskiej nie ulegnie zmianie. Szacuje się, że do końca roku straty mogą wynieść 2,5 mld dolarów.

Polityka | Tagi: , , ,

«

»