Tama dla roszczeń

08
03

2013
12:55

Jesienią ubiegłego roku głośna stała się sprawa genezy Związku tzw. Wypędzonych (BdV), na czele którego stoi Erika Steinbach. Powodem zamieszania była ekspertyza prof. Michaela Schwartza, zlecona zresztą przez przewodniczącą związku, wykazująca, jak przemożny wpływ we władzach BdV posiadali członkowie b. NSDAP, w tym także esesmani i współuczestnicy zbrodni wojennych na ludności okupowanych przez III Rzeszę ziem.

Historyk Klaus Wiegrefe, przybliżając na łamach tygodnika „der Spiegel”(19.11.2012) wyniki badań prof. Schwartza i jego zespołu, przytacza treść charakterystycznej notatki odnalezionej w archiwum w Koblencji. Oto zimą 1965 roku dwaj funkcjonariusze BdV: wiceprzewodniczący związku Rudolf Wollner oraz referent kulturalny Jochen Brennecke, któremu towarzyszyła małżonka, udawali się samochodem do Lubeki, do admirała Carla Doenitza, którego Hitler w testamencie naznaczył swoim następcą i prezydentem Rzeszy. Celem wizyty miało być podziękowanie admirałowi za pomoc, której marynarka w czasie wojny udzieliła niemieckim uciekinierom ze wschodnich prowincji byłej III Rzeszy. Wollner pochodził z rodziny zadeklarowanych nazistów. Jego ojciec był sturmbannführerem SS, a on sam wstąpił jako ochotnik do Waffen-SS. Według relacji małżeństwa Brennecke (dodajmy, że Jochen też był członkiem NSDAP), Wollner chwalił się, jak jednostka pancerna SS, w której służył, traktowała wziętych do niewoli żołnierzy radzieckich: miażdżono ich gąsienicami czołgów. Kariera Wollnera w związku trwała 29 lat. Ustąpił dopiero w 2000 roku w pełnej chwale, odznaczony przez prezydenta Niemiec Richarda von Weizsaeckera Krzyżem Zasługi I Klasy.

Długotrwałe kłamstwo

Te i inne fakty z przeszłości BdV wywołały konsternację w Niemczech. Na konferencji zorganizowanej 4 grudnia 2012 roku poświęconej ekspertyzie prof. Schwartza dawano temu wyraz. Przewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse (SPD) apelował, żeby w obliczu faktów skończyć z długotrwałym kłamstwem. „BdV zawsze pozował na organizację zrzeszającą ofiary” – mówił. Tego nie można dłużej akceptować i muszą zostać wyciągnięte konsekwencje dotyczące kierunku prac fundacji „Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”.

Linia obrony przyjęta przez instancje BdV starała się wykazać, że ich organizacja nie była wcale wyjątkiem, jeśli chodzi o nasycenie kadry kierowniczej członkami i aktywistami b. NSDAP. Na stronie internetowej brandenburskiego oddziału BdV zamieszczono wykaz prominentnych przedstawicieli życia politycznego Niemiec Zachodnich, którzy swoją karierę polityczną rozpoczynali w NSDAP. Z tej długiej listy można przytoczyć takie nazwiska jak Horst Ehmke (SPD) – wielokrotny minister i szef urzędu kanclerskiego, Hans Dietrich Genscher (FDP) – minister spraw zagranicznych, Walter Scheel (FDP) – prezydent RFN, Gerhard Schroeder (CDU) – wielokrotny minister, m.in. obrony. Nie zapomniano także dodać, że wielu ministrów w rządzie Niemieckiej Republiki Demokratycznej posiadało równie brunatną przeszłość.

Takiej argumentacji używała także szefowa związku Erika Steinbach. W jej ocenie, kierowana przez nią organizacja nie była wyjątkiem w pejzażu politycznym powojennych Niemiec. Gdzie indziej było podobnie. Podkreślała, że w byłej NRD kadra urzędnicza w jednej trzeciej wywodziła się z NSDAP. Podała przykład noblisty Guenthera Grassa, który bardzo późno, i jak niektórzy uważają, ze względów merkantylnych (chęć zapewnienia sobie rozgłosu i poprawienia wyników sprzedaży najnowszej powieści) przyznał się, że jako ochotnik zaciągnął się do Waffen-SS.

Tym faktom nie zaprzeczał autor studium prof. Schwartz, ale zwracał uwagę, że na tle innych organizacji i struktur udział członków b. NSDAP w kierownictwie BdV był „ponadprzeciętnie wysoki”. Wahał się bowiem, w zależności od kadencji, między 62 a 84 procent. I tak w pierwszym zarządzie BdV wybranym w 1958 roku na 13 jego członków tylko dwóch: Wenzel Jaksch i Linus Kather, nie było wcześniej związanych z NSDAP. Ten drugi zresztą wkrótce nadrobił zaległości. W 1969 roku wstąpił do neonazistowskiej NPD i z jej ramienia kandydował do Bundestagu. Jaksch natomiast, jak się okazało, był w latach trzydziestych zwolennikiem rozwiązania problemu mniejszości narodowych poprzez ich przymusową deportację.

Nazista pierwszym szefem BdV

Dla początkowego okresu funkcjonowania BdV symboliczna była postać jego pierwszego przewodniczącego Hansa Kruegera. W czasie wojny był on szefem (Ortsgruppenleiter) miejskiej organizacji NSDAP w Chojnicach, na Pomorzu. Mimo że powszechnie znana była jego nazistowska przeszłość, został on w 1963 roku w gabinecie kanclerza Ludwiga Erharda ministrem ds. „wypędzonych”. Kiedy tygodnik „Spiegel” ujawnił, że zasiadał także w sądzie specjalnym (Sondergericht), a sądy te stanowiły instrument terroru wobec ludności okupowanej Polski, musiał ustąpić z tego stanowiska. Nadal jednak pozostał szefem związku. Śledztwo przeciwko niemu o współudział w zbrodniach wojennych toczyło się tak opieszale, że zostało umorzone w 1971 roku w związku z jego śmiercią.

Dlaczego niemieccy przesiedleńcy tak często i tak chętnie wybierali b. nazistów na swoich przedstawicieli? Takie pytanie niejako naturalnie pojawiło się w związku z ekspertyzą prof. Schwartza, choć on sam przyznaje, że nie stanowiło ono przedmiotu jego studium. Niektórzy historycy podkreślają, że NSDAP na b. wschodnich terenach Rzeszy jeszcze przed 1933 rokiem osiągała zaskakująco dobre wyniki wyborcze. Czyżby więc po 1945 roku kontynuowano dawne postawy i sympatie polityczne?

Mało znanym epizodem w najnowszych relacjach polsko-niemieckich jest swoista „akcja epistolograficzna”, z jaką mieliśmy do czynienia po zakończeniu wojny i po realizacji poczdamskich ustaleń dotyczących wysiedlenia ludności niemieckiej z przyznanych Polsce ziem. Oto do polskich osadników zaczęły napływać listy od dawnych niemieckich mieszkańców. W większości przejęte przez cenzurę stanowią świadectwo nastrojów wysiedlonych Niemców, góruje w nich rasistowskie poczucie urażonej dumy niemieckich „uebermenschów” i zapowiedź bezwzględnej zemsty na Polakach.

Pokłosie konferencji poczdamskiej

Zmiana granic i związane z tym wysiedlenia ludności, co w pierwszej kolejności dotknęło Polskę, ale także Niemcy, były konsekwencją wywołanej przez III Rzeszę wojny światowej. Oblicza się, że śmierć poniosło wówczas 15 mln ludzi po stronie państw Osi i 55 mln po stronie Sprzymierzonych (w sumie 70 mln). Na niebywałą skalę został wdrożony system planowanego ludobójstwa. W pierwszej kolejności kierował się on przeciwko Słowianom i Żydom. Zadania stworzenia podstaw powojennego pokoju w Europie i świecie podjęła się konferencja poczdamska. Uchwały poczdamskie przypominały narodowi niemieckiemu, „że poniósł on zupełną klęskę militarną i że nie może uchylić się od odpowiedzialności za to, co sam na siebie ściągnął” poprzez bezwzględny sposób prowadzenia wojny. Mając zaś w pamięci fakt, że mniejszość niemiecka zamieszkująca państwa Europy Środkowo-Wschodniej była czynnikiem rozsadzającym wersalski ład pokojowy i posłużyła III Rzeszy jako pretekst do rozpętania wojny, postanowiono uregulować także ten problem raz na zawsze. Dlatego w rozdziale XIII uchwał poczdamskich zatytułowanym „Zorganizowane przesiedlenie ludności niemieckiej” stwierdzono: „należy przeprowadzić przesiedlenie do Niemiec ludności niemieckiej lub jej części pozostałej w Polsce, Czechosłowacji i na Węgrzech (…) przesiedlenia powinny odbywać się w sposób zorganizowany i ludzki”.

Polska dyplomacja w niemieckim interesie

Kilka lat później w środowisku niemieckich przesiedleńców pojawiła się formuła: wypędzenia (Vertreibungen). Stanowiła ona wyzwanie wobec poczdamskiej formuły „zorganizowane przesiedlenia” i sugerowała bezprawny charakter dokonanych po wojnie, na podstawie ustaleń poczdamskich, transferów ludności. Postawa taka była istotą funkcjonowania BdV od narodzin tej organizacji, a nasiliła się nawet w nowej sytuacji politycznej po zjednoczeniu Niemiec. Stała się ona ponadto składowym elementem polityki Niemiec wobec Polski. Wobec tego zjawiska dyplomacja III Rzeczypospolitej przyjęła postawę kapitulancką. Jednym z dowodów tego jest wystąpienie ministra spraw zagranicznych Władysława Bartoszewskiego w niemieckim Bundestagu 28 kwietnia 1995 roku. Ani słowem nie nawiązał on do formuły poczdamskiej. Zamiast tego nawiązał do wypowiedzi literaturoznawcy Jana Józefa Lipskiego, który w 1981 roku bredził: „Wzięliśmy udział w pozbawieniu ojczyzny milionów ludzi, z których jedni zawinili na pewno poparciem Hitlera, inni biernym przyzwoleniem na jego zbrodnie, jeszcze inni tylko tym, że nie zdobyli się na heroizm walki ze straszliwą machiną terroru – w sytuacji, gdy ich państwo toczyło wojnę. Zło nam wyrządzone, nawet największe, nie jest jednak i nie może być usprawiedliwieniem zła, które sami wyrządziliśmy. Wysiedlanie ludzi z ich domów może być w najlepszym razie mniejszym złem, nigdy – czynem dobrym”. Bartoszewski unikał jeszcze, co prawda, rewizjonistycznego terminu „wypędzenia”, mówiąc o wysiedleniach ludności niemieckiej, ale obarczał Polaków współsprawstwem za „zbrodnie i gwałty”, które dotknęły wysiedlanych Niemców.

Taktyka strony niemieckiej zmierzała do tego, żeby wysiedlenia ludności niemieckiej oderwać od historycznego kontekstu, jakim była wywołana przez Niemcy wojna, a przedstawić je jako problem szerszy, ogólnoeuropejski, a nawet ogólnoświatowy. Czasami nawet, sięgając po współczesne analogie, określano je jako „czystki etniczne”. Dobrą
ilustracją, a równocześnie tryumfem tej taktyki był zainicjowany przez deputowanego do Bundestagu Markusa Meckela w lipcu 2003 roku apel „Wspólna pamięć jako krok w przyszłość”. W apelu tym „wypędzenia” zostały potępione jako bezprawie, objaw łamania praw człowieka i prawa międzynarodowego. Swoje podpisy pod tym apelem złożyło dwóch polskich byłych ministrów spraw zagranicznych: Władysław Bartoszewski i Bronisław Geremek. Uczynili to zresztą na czele wcale pokaźnej plejady innych polskich sygnatariuszy z grona tzw. autorytetów moralnych.

Wkrótce wszelako okazało się, że strona niemiecka nie zadowala się definiowaniem tzw. wypędzeń jako bezprawia (Unrecht). Obecnie są one określane jako „zbrodnia przeciwko ludzkości” (Verbrechen gegen die Menschlichkeit). Jako taka nie podlega ona przedawnieniu i wymaga także, a może przede wszystkim, zadośćuczynienia materialnego. Taka perspektywa w sposób doktrynalny zawiera się w stanowisku strony niemieckiej streszczającym się następująco: Niemcy uznają polską granicę zachodnią, ale nie uznają polskiej własności na ziemiach zachodnich; oraz: strona niemiecka uważa, że w relacjach polsko-niemieckich nie ma miejsca na żądania odszkodowawcze na płaszczyźnie państwowej – jest jednak miejsce na prywatne żądania „odszkodowawcze” obywateli niemieckich wobec Polski. W tym kontekście łatwiej nam będzie zrozumieć bezwzględność strony niemieckiej wobec jakichkolwiek prób obrony polskich interesów, czego doświadczyła na sobie pani poseł Dorota Arciszewska-Mielewczyk.

Publicystyka | Tagi: , ,

«

»