Siła i buta

21
09

2013
11:28

W niedzielę Niemcy wybiorą nowy Bundestag składający się z 598 deputowanych. Tradycyjnie rywalizują ze sobą dwie największe niemieckie partie: chadecka CDU/CSU i socjaldemokratyczna SPD.

Potencjalnym sojusznikiem chadeków jest FDP, natomiast socjaldemokraci mogą liczyć na koalicję z partią Zielonych. Według sondaży przedwyborczych szanse są niemal równe, jednak ze wskazaniem na chadeków, którzy mogą jeszcze sięgnąć po wariant wielkiej koalicji, a więc porozumienia z socjaldemokratami. W tej sytuacji jest prawie pewne, że kanclerz Angela Merkel będzie sprawować swój urząd po raz trzeci z rzędu.

Kampania przedwyborcza dwóch największych konkurentów skupia się przede wszystkim na problemach wewnętrznych. SPD i Zieloni chcą ustawowego wprowadzenia płacy minimalnej w wysokości 850 euro miesięcznie. Obliczają, że dobrodziejstwami takiej ustawy zostanie objętych ok. 7 mln zatrudnionych.

Nie wspominają, że wielu straci pracę ze względu na podwyższenie kosztów działalności przedsiębiorstw. Postulują także obniżenie wieku emerytalnego do 60 lat. Sfinansować ten program ma podwyżka podatków, nawet do 49 proc. dla zarabiających powyżej 100 tys. euro rocznie, zwiększenie podatku od spadku i nieruchomości, likwidacja ulg podatkowych.

Chadecja zapowiada natomiast obniżenie podatków, zwiększenie wydatków publicznych, zrównoważenie budżetu i redukcję długu publicznego poniżej 60 procent. Ważnym argumentem w jej ręku jest dobra sytuacja gospodarcza Niemiec, czego dowodem jest m.in. spadek bezrobocia o 5 procent.

Obydwie strony opowiadają się za pogłębianiem integracji europejskiej i utrzymaniem wspólnej waluty w postaci euro, nie wnikając głębiej w genezę kryzysu, który ogarnął kraje wspólnej waluty, a mając świadomość wielkich korzyści, jakie przynosi ona Niemcom.

Polityka zagraniczna i sytuacja międzynarodowa nie zajmują zbyt wiele miejsca w debacie przedwyborczej. Brukselski korespondent „Le Figaro” Jean-Jacques Mevel pisze, że w tej materii panuje cisza. „Ta cisza jest frustrująca – stwierdza Mevel – albowiem Niemcy, pierwsza potęga strefy euro i czwarta gospodarka świata, są czynnikiem decydującym w sprawach Starego Kontynentu”.

Są dwa wytłumaczenia tego stanu rzeczy. Po pierwsze, Merkel i Peer Steinbrueck, szef SPD, mało się różnią w sprawach polityki zagranicznej.

Zatem, jak to określił Olli Rehn z Komisji Europejskiej: „mniej więcej wiemy, czego się spodziewać”. Po drugie, i o tym mówi się prywatnie, trzecia i ostatnia kadencja Merkel może uwolnić ją od ciężaru kontynuacji dotychczasowej polityki. W jakim kierunku poszłyby zmiany? Dla obserwatorów oczywiste jest, że francusko-niemiecki „motor integracji europejskiej” nie pracuje, Wielka Brytania traci na znaczeniu, a Polska pod rządami (w zakresie polityki zagranicznej) triumwiratu Tusk – Sikorski – Bartoszewski wyłączyła się z poważnej debaty politycznej wewnątrz UE.

Równocześnie mnożą się głosy mówiące o konieczności odgrywania przez Niemcy wiodącej roli mocarstwa globalnego. Autorzy niemieccy, np. Ullrich Fichtner na łamach „Der Spiegel”, podchodzą do tej kwestii w sposób przewrotny: to inni namawiają i apelują do Niemiec, żeby zaczęły odgrywać przywódczą rolę w Europie i w świecie, one zaś ociągają się.

Wśród apelujących wymieniany jest minister Radosław Sikorski z racji sławetnej wypowiedzi dla „Der Spiegel”, że „bardziej niż niemieckiej potęgi obawia się niemieckiej bezczynności”, czy prezydent Barack Obama, który w sierpniu bieżącego roku wyraził się enigmatycznie, że Niemcy powinny czuć się częścią czegoś większego.

Wielkomocarstwowa arogancja

Wiele wskazuje, że elita niemiecka nie pozostanie nieczuła na te apele. Na plakatach wyborczych obecnej kanclerz Angeli Merkel widnieje slogan: „Deutschland ist Stark. Und soll es bleiben” (Niemcy są silne. I takie powinny pozostać). Mieści się on mimo wszystko w granicach przyzwoitości i nie przekracza ram dopuszczalnych w dyplomacji i we współżyciu między narodami. Nie sposób jednak pominąć faktu, że dewiza pani kanclerz wychodzi naprzeciw narastającym w społeczeństwie niemieckim nastrojom samouwielbienia, których źródłem jest osławiony kryzys w strefie euro, a w jego konsekwencji wzmocnienie pozycji Niemiec w UE.

Nastroje te dobitnie odzwierciedla postawa prof. Arnulfa Baringa, historyka, politologa, kawalera Wielkiego Krzyża Zasługi RFN i laureata europejskiej nagrody kulturalnej w dziedzinie polityki, który 24 sierpnia w Berlinie oświadczył: „Niemcy są prawdopodobnie najważniejszym narodem w Europie… Nieuznawanie tego faktu prowadzi do tego, że tylko trzecia zwrotka niemieckiego hymnu jest śpiewana.

Jednak w przyszłości – zdaniem Baringa – będzie wykonywana także pierwsza zwrotka”. Przypomnijmy zatem, że pierwsza zwrotka rozpoczyna się od słów: „Deutschland, Deutschland ueber alles”, a ponadto mówi o granicach Niemiec od Mozy do Niemna.

Bawarski sprawdzian

Wskazówką, jak mogą wyglądać wyniki wyborów w całych Niemczech, są bez wątpienia rezultaty głosowania do landtagu w Bawarii 15 września. Bezapelacyjny sukces odniosła CSU, zdobywając blisko 49 proc. głosów i poprawiając o 5,6 proc. swój wynik z poprzednich wyborów. Może więc sprawować rządy samodzielnie, zwłaszcza że jej sojuszniczka FDP nie przekroczyła nawet progu wyborczego, uzyskując 3 proc. głosów. O umiarkowanym sukcesie wyborczym może także mówić SPD, która zdobyła 20,7 proc. głosów, poprawiając swój wynik o 2,1 procent.

Jest pewien problem, na który z polskiego punktu widzenia musimy zwrócić szczególną uwagę. Chodzi o politykę historyczną, jaką uprawia rząd Bawarii i premier tego landu Horst Seehofer.

W maju władze bawarskie ogłosiły, jako jedyne obok Hesji, że od 2014 roku będą obchodzić „dzień wypędzonych”, który wyznaczyły na drugą niedzielę września. Poświęcony on będzie rozpamiętywaniu „niesprawiedliwości”, jakie przyniosła Niemcom rozpętana przez nich II wojna światowa. Seehofer oświadczył w związku z tym, że dzień ów będzie wysłanym w świat przesłaniem, że „wypędzenie jest i pozostanie niesprawiedliwością”.

Postawę bawarskiego premiera wysoko oceniła szefowa BdV Erika Steinbach, przypominając, że Bawaria zawsze reprezentowała „wzorcową” postawę wobec „wypędzonych”. Można nawet powiedzieć, że wyprzedzała nowe elementy niemieckiej polityki historycznej i torowała im drogę.

Przykładem tego może być Willfried Rogasch, czynny przy tworzeniu Muzeum Niemców Sudeckich w Monachium, który w 2006 roku zasłynął wypowiedzią, że w istocie nie ma różnicy między Niemkami, które padły ofiarą żołnierzy sowieckich, a Żydówkami wysłanymi do Auschwitz i zamordowanymi przez Niemców. Zatem pełne zrównanie w niemieckiej polityce historycznej wysiedleń Niemców z zagładą Żydów jest już tylko kwestią czasu. Do odpowiedzialności za zbrodnie ludobójstwa na innych, zwłaszcza słowiańskich narodach Niemcy od dawna i konsekwentnie się nie poczuwają.

Publicystyka | Tagi: ,

«

»