Rosja nie odpuści sobie Ukrainy

21
01

2010
10:44

Z prof. Tadeuszem Marczakiem z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego rozmawia Mariusz Bober

Zaskoczyły Pana wyniki wyborów prezydenckich na Ukrainie?
– Raczej nie. Są one zasadniczo zgodne z wcześniejszymi sondażami. Pewnym zaskoczeniem jest może jedynie wynik Serhieja Tihipko (13 proc. głosów), któremu przed wyborami przepowiadano wynik podobny do Julii Tymoszenko (25 proc. głosów).

Zgodnie z przewidywaniami do drugiej tury przeszli: Wiktor Janukowycz (35 proc. głosów) i Julia Tymoszenko (25 proc.). Na czyje poparcie spośród kandydatów, którzy odpadli z wyścigu, mogą liczyć?
– Największy elektorat do wykorzystania ma Tihipko. Obecnie trudno do końca określić jego poglądy polityczne, choć podczas poprzednich wyborów prezydenckich był szefem sztabu wyborczego Wiktora Janukowycza. Nie jest jednak pewne, czy akurat jemu Tihipko przekaże swoje głosy. Natomiast Tymoszenko mogłaby z pewnością liczyć na elektorat Arsenija Jaceniuka (7 proc.) i dotychczasowego prezydenta Wiktora Juszczenki (ponad 5 proc.). Zależy to jednak także od zachowania obu polityków, a Jaceniuk już zapowiedział, że nie odda swoich głosów. W ostatnich dniach zaostrzyły się relacje między Wiktorem Juszczenką a Julią Tymoszenko. Prezydent oskarżył nawet urzędującą premier, że na kontach założonych w rajach podatkowych ma 1,5 mld USD. Nie jest więc jasne, czy w takich warunkach zawarte zostanie jakieś porozumienie. Natomiast elektorat Petra Symonenki (ponad 3 proc.) i Wołodymyra Łytwyna (ponad 2 proc.) zapewne poprze Janukowycza. Jeden z ukraińskich ośrodków badania opinii publicznej opublikował też nowe wyniki sondaży na temat poparcia zwycięskich obecnie kandydatów w drugiej turze. Przewidują one, że na Janukowycza zagłosuje ponad 44 proc. respondentów, a na Tymoszenko – 38,5 procent. Aż 8 proc. badanych deklarowało, że nie zagłosuje na żadne z nich, a ponad 5 proc. nie było jeszcze zdecydowanych, kogo poprzeć. Właśnie o zdobycie ich głosów zapewne będzie teraz walczyła premier Tymoszenko.

Podziela Pan opinie obozu Janukowycza, że te wybory są klęską „pomarańczowych”? Biorąc pod uwagę przegraną prezydenta Juszczenki, może raczej trzeba mówić o porażce polityki proeuropejskiej?
– Formacja Janukowycza traktuje te wybory jako odwet za „pomarańczową rewolucję”. Wykorzystał on niezadowolenie społeczeństwa z marnych efektów polityki „pomarańczowych”, zwłaszcza Wiktora Juszczenki. Chodzi przede wszystkim o skutki gospodarcze. Drugim czynnikiem są niepowodzenia obecnego prezydenta w polityce integracji Ukrainy ze strukturami UE i NATO, choć co prawda duża część samych Ukraińców była przeciwna członkostwu w Sojuszu. Jednak jeśli chodzi o perspektywy członkostwa w UE, to trzeba podkreślić, że winę za fiasko tej polityki ponosi także podzielony Zachód, gdzie prowadzący prorosyjską politykę tandem Paryż – Berlin praktycznie zablokował unijne aspiracje Ukrainy. Sytuację pogarsza wejście w życie traktatu lizbońskiego, który wzmacnia jeszcze rolę największych państw, czyli głównie Niemiec i Francji, niezainteresowanych – zwłaszcza Niemiec – rozszerzaniem Unii na wschód.

Czy spadek poparcia dla Juszczenki może być także oznaką odwrócenia się Ukraińców od gloryfikowania tradycji OUN-UPA?
– Na wchodzie Ukrainy odrzucano pomysły budowy tożsamości narodowej na tradycjach tych formacji. Trzeba też podkreślić, że Moskwa umiejętnie wykorzystała taką politykę Juszczenki, oskarżając go o popieranie „faszystów” itd. Nic nie pomogły hasła prezydenta, że OUN-UPA walczyła i z faszyzmem niemieckim, i z komunizmem rosyjskim, a Ukraina stała się ofiarą zarówno pierwszego, jak i drugiego reżimu. Niedawno wystosował on nawet apel do przywódców światowych o osądzenie zbrodni komunizmu. Polityka gloryfikowania OUN-UPA musiała ponieść klęskę z powodu wcześniejszej czy późniejszej konieczności rewizji jej historii przez samych Ukraińców ze względu na ludobójczy charakter działalności tej formacji. Ale Juszczenko odwoływał się także do innej tradycji Ukrainy. Charakterystyczne w tym aspekcie było jego stanowisko wobec nalegań Rosji na wspólną organizację obchodów rocznicy bitwy pod Połtawą [1709 r.; kozacy hetmana Mazepy walczyli wówczas u boku króla szwedzkiego Karola XII przeciwko Rosjanom pod wodzą cara Piotra I – red.]. Strona ukraińska praktycznie zbojkotowała uroczystości, a Juszczenko stworzył nawet dla nich przeciwwagę w postaci obchodów rocznicy bitwy pod Konotopem [1659 r.; wojska polskie, kozackie i tatarskie pokonały siły rosyjskie oblegające to miasto – red.].

Jakie skutki miałaby dla Polski i naszej strategicznej współpracy z Ukrainą wygrana Wiktora Janukowycza, a jakie Julii Tymoszenko?
– Można postawić pytanie, czy nasze władze nie przespały szansy, jaką dawało zwycięstwo „pomarańczowej rewolucji” sześć lat temu. Jeśli bowiem weźmiemy pod uwagę większe inicjatywy ożywiające współpracę gospodarczą i polityczną między naszymi krajami, to zostaje właściwie tylko wspólna organizacja Mistrzostw Europy w piłce nożnej Euro 2012. To stanowczo za mało. Ale charakterystyczne, że po ogłoszeniu tej decyzji w Moskwie pojawił się zgryźliwy komentarz: „Widmo Rzeczypospolitej (Obojga Narodów) gra w piłkę nożną”. Kardynalnym przykładem naszych zaniedbań jest nieszczęsna budowa ropociągu Odessa – Brody – Płock – Gdańsk. Ukraina zbudowała znacznie dłuższy odcinek rurociągu niemal do polskiej granicy. Tymczasem mimo upływu kilku lat w Polsce nie podjęto budowy naszego odcinka do Płocka. I niestety trzeba przyznać rację rosyjskiemu analitykowi Glebowi Pawłowskiemu, który powiedział swego czasu, że tym rurociągiem płyną jedynie polskie obietnice. A przecież tylko poprzez współdziałanie z Ukrainą moglibyśmy połączyć się z obszarem kaspijskim istotnym dla naszego bezpieczeństwa energetycznego.

Wygrana jednego lub drugiego faworyta to wybór pewnej opcji politycznej. Janukowycz postrzegany jest wręcz jako człowiek Moskwy, ale ostatnio także urzędującą premier oskarżano o sprzyjanie Rosji.
– Podczas dotychczasowej kampanii wyborczej Janukowycz unikał eksponowania haseł prorosyjskich. Myślę, że po prostu wyciągnął wnioski z poprzednich wyborów, w których otwarte deklarowanie prorosyjskiej polityki nie przysporzyło mu poparcia. Zauważyli to zresztą także rosyjscy obserwatorzy. Zapewne dlatego Rosja wstrzymała się tym razem z próbami bezpośredniego wpływu na wybory. Z kolei Julia Tymoszenko podczas kampanii wyborczej głosiła chwytliwe hasła „walki z oligarchią”. Druga ważna sprawa, o której wcześniej mówiła obecna premier, to kwestia suwerenności energetycznej Ukrainy. Tyle że Julii Tymoszenko również można zarzucić, iż niewiele w tej sprawie zrobiła. Dopiero na trzecim miejscu postawiła na politykę realizowaną pod hasłem „budowy Europy na Ukrainie”, co miałoby być pierwszym krokiem na rzecz integracji z Unią Europejską. Pod tym hasłem pani premier rozumie uporządkowanie wewnętrznych spraw kraju, zaś członkostwo Ukrainy w UE umieszcza w dalszej perspektywie.

Czy wybory można zinterpretować w takim razie jako swoiste referendum: sojusz z Rosją lub z Unią Europejską?
– Sami Rosjanie są przekonani, że zarówno na Ukrainie, jak i w pozostałych republikach dawnego ZSRS nie ma już obozów zdecydowanie promoskiewskich, i że muszą się z tym pogodzić. W relacjach z Rosją dla Ukraińców istotne jest załatwienie powtarzających się niemal co rok wojen gazowych. Ale nadzieje na to, że po ewentualnym zwycięstwie Janukowycza te konflikty znikną, są płonne. Rosja nie zmieni bowiem swojej polityki energetycznej, co widać choćby na przykładzie tak wiernego sojusznika tego kraju, jak Alaksandr Łukaszenka. Usamodzielnianie się narodu ukraińskiego i budowanie jego tożsamości doszło już do takiego etapu, że powrót do stanu „Małorosji” czy Ukraińskiej SRR jest niemożliwy. Nie oznacza to jednak, że kraj ten nie dostanie się na nowo pod wpływy rosyjskie.

Co oznaczałoby to w praktyce?
– Rosja może stosować różne narzędzia, aby utrzymać Ukrainę w swojej strefie wpływów. Nie będzie to jednak oznaczać, że w społeczeństwie ukraińskim znowu wzrasta liczba sympatyków Rosji. W przypadku wygranej Julii Tymoszenko można spodziewać się lekkiego dryfu na wschód. Jeśli zwycięży Janukowycz, dryf ten będzie wyraźny. Jeden z przegranych kandydatów – Arsenij Jaceniuk twierdził nawet, że jest tajne porozumienie między Tymoszenko i Janukowyczem, na mocy którego obecna premier zachowa swoje stanowisko, jeśli wygra szef Partii Regionów Ukrainy. Jednak trzeba mieć na uwadze także czarny scenariusz, który może oznaczać nawet rozpad tego kraju…

Co Pan ma na myśli?
– Rosjanie nie pozbyli się planów podziału Ukrainy. Dowodem na to są poglądy wyrażane przez Aleksandra Dugina, bliskiego doradcę premiera Rosji Władimira Putina. Już ponad 10 lat temu Dugin proponował rozbiór Ukrainy. Trudno obecnie odpowiedzieć na pytanie, czy pomysły te zostały usunięte z polityki rosyjskiej. Przykład Gruzji pokazuje, że taki scenariusz może być jak najbardziej prawdopodobny.

Ale w Gruzji rządzi polityk otwarcie wrogo nastawiony do Rosji, w przeciwieństwie do Janukowycza…
– No cóż, król Stanisław August Poniatowski też był przyjaźnie nastawiony do Rosji, a szczególnie do carycy Katarzyny II. Jakie
były tego skutki – dobrze wiemy. Na pewno Ukraińcy muszą się liczyć z groźbą oderwania części jej terytoriów. I nie chodzi tu tylko o Krym, ale też o Odessę i Ruś Zakarpacką, której dążenia do autonomii wspiera właśnie Moskwa. One mogą być dla Rosji tym, czym Naddniestrze czy Osetia Południowa lub Abchazja.

Co zyskałaby Rosja, rozpętując taką awanturę?
– Utwierdzenie wpływów na obszarze byłych republik ZSRS. Dla Moskwy Ukraina jest tylko elementem pasa geopolitycznego. W jego skład wchodzi ponadto Azja Centralna i Kaukaz. Moskwa nie dopuściła, aby region ten uzyskał możliwość bezpośredniego handlu bogatymi zasobami surowców energetycznych z Zachodem poprzez Ukrainę i Polskę. Awantura o Gruzję była właśnie wojną o odbudowę hegemonii Rosji nad tym regionem. Przyznał to ambasador Rosji przy NATO – Dmitrij Rogozin, mówiąc, że była to wojna o ropę i gaz. Właśnie przez Gruzję mogłyby być eksportowane ropa i gaz z Kazachstanu i Turkmenistanu. Choć Rosja zablokowała tworzenie niezależnej od niej sieci rurociągów pozwalających tym krajom przesyłać ropę i gaz na Zachód, m.in. przez Ukrainę i Polskę, to jednocześnie Moskwa nie była w stanie zapobiec budowie gazociągu z Turkmenistanu do Chin. Co więcej, Chińczycy uzyskali dostęp do kazachskich złóż uranu. W ten sposób Moskwa nie dostrzega albo nie chce dostrzegać wzrostu wpływów Chin w tym obszarze. Mimo to zarabia ogromne pieniądze na pośrednictwie w handlu ropą i gazem wydobywanych w Kazachstanie, Turkmenistanie i Azerbejdżanie.

W regionie tym swoje interesy mają także USA…
– Dlatego istotna jest obecność Stanów Zjednoczonych w tym obszarze. Jeśli Ukraina znajdzie się na powrót w rosyjskiej strefie wpływów, możliwości oddziaływania USA na sytuację w Eurazji będą mocno ograniczone. Może to nawet zachwiać ich pozycją światowego hegemona. Tymczasem wygląda na to, że kraj ten świadomie wycofuje się z tego regionu. To zaś wprowadzałoby niepewność co do przyszłego układu sił w świecie.

Dziękuję za rozmowę.

Polityka | Tagi: , , , ,

«

»