Miedwiediew – połowa zgodnego tandemu

04
12

2010
10:23

Rosją rządzi zgodny tandem dzielący się rolami, zwłaszcza w polityce zagranicznej. Prezydenta Miedwiediewa i premiera Putina łączą poglądy i cel, jakim jest rozszerzenie wpływów Moskwy na cały kontynent europejski.

Dla wielu obserwatorów prezydent Dmitrij Miedwiediew wyraźnie stoi w cieniu swego poprzednika, obecnego premiera Władimira Putina. Analitycy przewidują, że następne wybory prezydenckie będą oznaczały powrót Putina na najwyższe stanowisko państwowe. Wrażenie takie podtrzymuje sam Putin. Na posiedzeniu klubu „Wałdaj” tak mówił o wzajemnych relacjach z Miedwiediewem: „Jesteśmy tej samej krwi i tych samych poglądów (…) czy konkurowaliśmy ze sobą w 2008 roku? Nie. I w 2012 nie będziemy konkurowali. Dogadamy się”. Są jednak tacy, którzy nie wykluczają, że sprawy przybiorą inny obrót i obecny prezydent zostanie wybrany na następną kadencję. Jednak także oni zaznaczają, że brak jest istotnych różnic politycznych pomiędzy prezydentem i premierem, że Rosją rządzi zgodny tandem dzielący się rolami, zwłaszcza w polityce zagranicznej.

Pod znakiem Katynia i Smoleńska
Zbliżająca się wizyta prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa w Polsce jest przedmiotem licznych komentarzy, dociekań i – według prasy moskiewskiej – pełnego euforii oczekiwania w Warszawie. Poniekąd przyczynił się do tego sam prezydent Bronisław Komorowski, zapowiadając ważne wydarzenia wiążące się z jego spotkaniami z prezydentem Rosji, następnego dnia z prezydentem Niemiec, a po dwóch dniach z prezydentem USA.

Co nam te spotkania przyniosą, zobaczymy niebawem. Zwróćmy jednak uwagę na pewne aspekty wiążące się z wizytą prezydenta Miedwiediewa.

Mamy obecnie do czynienia z próbą pewnego wyrównywania stanowisk w palących zaszłościach historycznych. Oto 26 listopada Duma Państwowa, izba niższa rosyjskiego parlamentu, potępiła zbrodnię katyńską i uznała ją za zbrodnię reżimu stalinowskiego. 342 deputowanych opowiedziało się za uchwałą, przeciw było 57. Nikt nie wstrzymał się od głosu. Za rezolucją opowiedział się nawet Władimir Żyrinowski, choć równocześnie obciążył Polaków odpowiedzialnością za rozpętanie II wojny światowej. Natomiast komuniści pozostali przy starej sowieckiej wykładni Katynia: Polaków rozstrzelali Niemcy jesienią roku 1941, a dokumenty świadczące o zbrodni NKWD zostały sfałszowane.
Czy za objaw wyrównywania stanowisk należy uznać ze strony polskiej zawiadomienie złożone do prokuratury przez gen. Macieja Hunię, szefa Agencji Wywiadu, o możliwości popełnienia fałszerstwa? Sprawa dotyczy notatki funkcjonariusza Agencji, w której na podstawie rozmowy z autorem słynnego filmu z katastrofy smoleńskiej nie wykluczono możliwości dobijania rannych członków polskiej delegacji.

Niemiecka pałka
Bez wątpienia warszawska wizyta Miedwiediewa pozostanie w cieniu, ale i w związku z berlińską podróżą Władimira Putina (25-26 listopada). W pierwszym dniu wizyty „Sueddeutsche Zeitung” opublikował artykuł premiera Rosji, w którym zaproponował on utworzenie wspólnoty gospodarczej „od Lizbony do Władywostoku”. Przypomniał więc starą ideę bloku eurazjatyckiego, która na przełomie XX i XXI wieku ponownie zaczęła nurtować rosyjskie i zachodnioeuropejskie kręgi. Ważną deklarację złożył też Putin na temat wspólnej europejskiej waluty. Zapytany przez niemieckich gospodarzy, czy euro ma przyszłość, odpowiedział: „Jest ono niezbędne dla gospodarki światowej. Wszyscy jesteśmy tym zainteresowani. Wszyscy, w tym p. Akerman [szef Deutsche Banku], podtrzymywali pogląd, że potrzebujemy finansowo multipolarnego świata. Aby był on stabilny, pewny, nie można opierać się tylko na jednej nodze – amerykańskim dolarze. Polityka banku europejskiego, polityka rządów czołowych europejskich potęg gospodarczych przekonuje mnie, że stabilizacja euro będzie zagwarantowana i na to liczymy”.
Słowa Putina można odebrać jako pochwałę obecnego kursu politycznego, jaki rysuje się w strefie euro i w całej Unii Europejskiej. Jego detonatorem był kryzys finansowy, który ogarnął najpierw Grecję, obecnie szaleje w Irlandii, zbliża się do Portugalii i Hiszpanii oraz, według niektórych prognoz, do Włoch. Na fali walki z krachem rysują się bardzo niebezpieczne tendencje zmierzające do ustanowienia niemieckiej hegemonii, jeśli nie nad całą Unią Europejską, to przynajmniej nad krajami, które przyjęły wspólną walutę.

Właśnie na łamach „Sueddeutsche Zeitung” ukazał się komentarz Stefana Korneliusa wzywający do objęcia przez Niemcy funkcji finansowego nadzorcy (Waehrungshueter) nad innymi krajami. Niemcy – stwierdza on – wyszły obronną ręką z kryzysu, są obecnie jedynym przywódczym narodem (Fuehrungsnation). Kornelius stwierdza: „Europa potrzebuje delikatnej zachęty, przypomnienia, dlaczego opłaca się ponosić ofiary dla wspólnej waluty i dla europejskiej jedności. Ta zachęta może wyjść tylko od nadzorcy finansowego, a tym – siłą rzeczy – są Niemcy”. Akcja ta ma przyjąć formę walki z nacjonalizmem i szowinizmem, które trapiły historię Europy. Zaleca też przywódcom swojego kraju, szczególnie pani kanclerz, kierowanie się afrykańskim przysłowiem: „Mów łagodnie, ale miej ze sobą wielką pałkę, wtedy daleko zajdziesz”.

Gry imperialne
Nic dziwnego, że w tych warunkach przygotowywana pomoc i pakiet naprawczy dla krajów objętych kryzysem budzi żywy sprzeciw u zainteresowanych. Protesty przeszły przez Irlandię, gdzie pakiet pomocowy przyjęty pod naciskiem Berlina przez Brukselę obudził obawy o utratę suwerenności w kwestii ustalania budżetu. Odezwały się głosy, że Irlandia nie potrzebuje pomocy, sama sobie poradzi i że potrzeby kapitałowe Irlandii zostały znacznie przeszacowane. Oliwy do ognia dolał fakt, że głównymi beneficjentami finansowej pomocy dla Irlandii będą banki niemieckie, zresztą podobnie jak to było w przypadku Grecji. Przyznają to zresztą niemieckie media, pisząc, że pomoc finansowa dla Irlandii stanowi w istocie parasol ochronny dla niemieckich instytucji finansowych. Niemieckie banki zainwestowały w Irlandii 115 mld euro, a we wszystkich narażonych na kryzys krajach: Grecji, Irlandii, Portugalii i Hiszpanii, ich inwestycje wyniosły 350 mld euro. Tak kształtuje się „Nowa Niemiecka Europa”, jak to określił portal German-Foreign-Policy. Kształtuje się przy równoczesnym wzroście niechęci do Niemiec.
W tych okolicznościach wsparcie Putina dla wysiłków podejmowanych dla „wzmocnienia euro” ma jednoznacznie proniemiecki charakter i daje też nam poszlakę, jak wyobraża on sobie funkcjonowanie „wspólnoty od Lizbony do Władywostoku”.

Na tym jednak nie zamyka się problematyka euro. Jak zauważył Jurij Żukow, „w Rosji permanentnie prowadzona jest kampania przeciwko dolarowi, w której uczestniczą także osobistości publiczne. Rosyjskie media metodycznie upowszechniają marzenia o nieuchronnym krachu dolara jako waluty światowej i w ślad za tym idącym nieodwracalnym upadku przeklętej Ameryki”. Najbardziej jaskrawo pogląd ten zaprezentował prof. Igor Panarin, dziekan w moskiewskiej Akademii Dyplomatycznej rosyjskiego MSZ. W 2008 roku obwieścił on zbliżający się upadek Ameryki spowodowany krachem dolara. Według jego prognoz, w 2010 r. USA miały się rozpaść na sześć organizmów państwowych zależnych bądź wręcz stanowiących prowincje innych mocarstw. Ważnym elementem przypieczętowującym upadek dolara było – według Panarina – pojawienie się euro.

W artykule Putina ten schemat został ledwo zarysowany, ale sapienti sat. Jurij Żukow określił ten passus następująco: „Rytualny antyamerykański wypad… Pasożytnicze USA obrabowują cały świat, a UE jest siewcą wolności i oświecenia, dba o ekologię, pomaga biednym i sama w milczeniu znosi chciwość jankesów. Standardowa retoryka i sposób myślenia, jaki czekistowska junta narzuca Rosji”.

Integracja pod dyktando Moskwy
W dniach poprzedzających wizytę rosyjskiego prezydenta odbyło się posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego, na które prezydent Komorowski zaprosił gen. Wojciecha Jaruzelskiego. Udziału w tym posiedzeniu odmówił Jarosław Kaczyński, nie przybył też Jan Olszewski. Obecność i osoba generała były przedmiotem licznych komentarzy. Stanisław Ciosek oświadczył, że Jaruzelski doprowadził Polskę do Okrągłego Stołu, co – biorąc pod uwagę skutki (dezindustrializacja kraju, zapaść technologiczna, bezrobocie i masowa emigracja za chlebem) – jest wątpliwym komplementem.

Jaruzelski oświadczył, że „podczas spotkania starał się przekazać stosowny zasób informacji, które przybliżałyby nam sposób myślenia, doświadczeń historycznych oraz położenia geograficznego Rosji”. Jednak Lech Wałęsa był w rozterce: „Nie wiem, co kombinuje prezydent Komorowski”. Nam zaś trudno powiedzieć, co łączy prezydenta Komorowskiego z gen. Jaruzelskim. To przecież różne pokolenia, różne biografie polityczne. Gdybyśmy doszukiwali się na siłę elementów wspólnych, to – niestety – na myśl przychodzić musi postawa obu wobec WSI. Komorowski był przeciwny rozwiązaniu tej formacji, stosunek Jaruzelskiego do tej kwestii z definicji nie mógł być inny.

Bliżej los zetknął ich w trakcie wspólnej wizyty w Moskwie, gdzie uczestniczyli w obchodach rosyjskiego Dnia Zwycięstwa (9 maja). Kwestia ta miała prestiżowe dla Kremla znaczenie politycznie. Nie udał się wprawdzie zamysł, żeby obchodom nadać charakter „drugiej Jałty”, jak to zauważył jeden z rosyjskich publicystów. Nie pojawili się bowiem w Moskwie szefowie rządów Wielkiej Czwórki z czasów II wojny światowej: prezydent USA, premier Wielkiej Brytanii czy prezydent Francji. Co więcej, także spośród dawnych republik związkowych nie wszyscy mieli ochotę świętować. Głośna stała się postawa p.o. prezydenta Mołdawii Mihaja Gimpu. Odmawiając przyjazdu do Moskwy, oświadczył on: „Tam jadą tylko zwycięzcy, co tam mają robić zwyciężeni? Zgadzam się z tym, że minęło 65 lat od zakończenia II wojny światowej. Ale nie mogę zapominać nieszczęść, deportacji, głodu, przez które przeszli obywatele Mołdawii w czasach ZSRS”. Dosadnie o dacie 9 maja wyraziła się przedstawicielka opozycji rosyjskiej Waleria Nowodworskaja: „To symbol zwycięstwa czekistów nad gestapowcami”. Od przyjazdu do Moskwy wymówili się także prezydent Ukrainy – Wiktor Janukowycz, i Białorusi – Alaksandr Łukaszenka. W tej sytuacji – spośród dawnych wasali ZSRS – najważniejszą postacią, biorąc pod uwagę potencjał kraju i piastowaną funkcję, był p.o. prezydent Polski Bronisław Komorowski. Organizatorzy konsekwentnie jednak trzymali go w dalszych rzędach. Natomiast gen. Wojciech Jaruzelski oznajmił światu, że po wspólnej z marszałkiem Sejmu wizycie w Moskwie doszedł do wniosku, że „Bronisław Komorowski ma charyzmę” i dlatego będzie na niego głosował w drugiej turze wyborów prezydenckich. Jak zatem widzimy, wcześniej nic (nikt?) go w tym przedmiocie nie oświeciło.

Z intrygującą tezą wystąpił swego czasu francuski autor Jean Parvulesco, zadeklarowany zwolennik Wielkiej Eurazji i entuzjasta Władimira Putina, który tę ideę konsekwentnie wciela w życie. Otóż w 1977 roku Parvulesco pokusił się o zrekonstruowanie programu geopolitycznego Związku Sowieckiego rozwijanego szczególnie przez koła wojskowe. Francuski analityk przytoczył pewien dokument o proweniencji moskiewskiej, który przedostał się na Zachód i który głosił: „Wielki kontynent eurazjatycki jest jeden i niepodzielny, od Atlantyku do Pacyfiku, podstawowym zadaniem naszego pokolenia (…) jest wdrożyć proces totalnej integracji polityczno-historycznej całości Wielkiego Kontynentu Eurazjatyckiego”.
Zwracano w nim także uwagę na zachodnioeuropejski teatr działań, zalecając, co następuje: „Polityka europejska Związku Sowieckiego powinna być zatem polityką jedności kontynentalnej, osadzonej na mocnych podstawach Europy zjednoczonej wokół własnego subkontynentalnego heartlandu, tj. wokół totalnej integracji, a nawet wspólnoty losu Francji i Niemiec”. Celem strategicznym zakładanym w Moskwie miało być wyparcie Amerykanów z Eurazji i przekształcenie całego megakontynentu, z Europą Zachodnią na czele, w obszar sowieckiej hegemonii.
Taki miał być geopolityczny wymiar tajemniczego do dziś planu Jurija Andropowa, realizowanego także przez marszałka Nikołaja Ogarkowa, szefa sztabu generalnego Armii Radzieckiej. Plan zakładał także przebudowę wewnętrzną imperium. Aparat partyjny miał zostać odsunięty od władzy, a w jego miejsce zamierzano ustanowić dyktaturę wojskową bazującą na „młodych kapitanach”. Podobno, a taką opinię głosi np. Jean Parvulesco, stan wojenny wprowadzony w Polsce przez gen. Jaruzelskiego miał być z jednej strony próbą generalną, a z drugiej – elementem składowym wielkiego planu Andropowa – Ogarkowa. Rosyjski geopolityk Władimir Karpiec, pozostający pod dużym wpływem Parvulesco, obsypuje gen. Jaruzelskiego komplementami za to, że na początku lat 80. „w obliczu połączonego lewicowo-trockistowskiego, a równocześnie katolickiego buntu, co groziło powtórzeniem się wydarzeń węgierskich z 1956 roku, zniósł dyktaturę partii komunistycznej, a jednocześnie twardą ręką utrzymał Polskę w ramach bloku wschodniego”.

 

Polityka | Tagi: , , ,

«

»