Globalna destabilizacja

10
10

2013
11:31

Grupa G20, jak wiadomo, obejmuje 20 najwyżej rozwiniętych oraz gospodarczo wschodzących krajów świata. Jej trzon stanowią uznane potęgi ekonomiczne, ale także szybko rozwijające się gospodarczo kraje dawnego tzw. Trzeciego Świata.

W jej skład nie wchodzi Polska, co ze strony społeczności międzynarodowej jest dobitnie krytyczną recenzją efektów gospodarczych polskiej transformacji. Ostatni szczyt grupy odbył się w Rosji, w Sankt Petersburgu. W formalnym porządku obrad figurowały sprawy gospodarcze, zwłaszcza kwestie podatkowe, ale szczyt został zdominowany przez problem syryjski, który nie figurował w oficjalnym programie spotkania.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama usiłował przeforsować zgodę uczestników na podjęcie działań zbrojnych wobec obozu urzędującego syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada w odwecie za użycie broni chemicznej wobec syryjskich powstańców. Wychodzi on bowiem ze słusznego skądinąd przekonania, że dla takiej akcji nie uzyska mandatu ze strony Rady Bezpieczeństwa ONZ ze względu za niemal pewne weto Rosji i Chin.

Niemieckie rewelacje

Sprawa interwencji zbrojnej w Syrii wywołuje niepokój kół politycznych i międzynarodowej opinii publicznej. Wielu ma bowiem w pamięci kazus Iraku. Głoszone wówczas alarmistyczne informacje o posiadaniu przez reżim irackiego dyktatora Saddama Husajna broni masowego rażenia, co stało się pretekstem dla amerykańskiej interwencji zbrojnej, nie znalazły potwierdzenia w rzeczywistości. Także obecnie wielu powątpiewa w prawdziwość informacji o ataku chemicznym na powstańców.

Niemieckie służby wywiadowcze ujawniły uzyskane przez siebie informacje, według których na użycie gazów bojowych wobec przeciwników kilkakrotnie nalegali syryjscy wojskowi, ale nie uzyskali akceptacji przełożonych. Te same służby donosiły także o znamiennym przegrupowaniu w obozie powstańczym. W jego obrębie topnieją środowiska o orientacji prozachodniej, natomiast rośnie w siłę Al-Kaida.

Podobnie oceniał sytuację w Syrii prezydent Putin. Na konferencji prasowej 31 sierpnia oświadczył on, że Stany Zjednoczone prą do akcji zbrojnej, ponieważ nie widać szans na zwycięstwo sił powstańczych z reżimem Baszara al-Asada.

Sprawa syryjska wyraźnie podzieliła uczestników szczytu. Przeciwko interwencji zbrojnej wypowiedział się gospodarz spotkania Władimir Putin. Podobne stanowisko prezentowała kanclerz Niemiec Angela Merkel, która później jednak zmieniła zdanie i stanęła u boku Stanów Zjednoczonych, co z niesmakiem odnotowały niemieckie media.

W początkowej fazie swojej batalii syryjskiej Obama mógł liczyć przede wszystkim na wsparcie prezydenta Francji François Hollande’a, a także Turcji oraz naftowych państw Zatoki Perskiej z Arabią Saudyjską na czele. Nawet Wielka Brytania, mająca status specjalnego sojusznika USA, nie stanęła po jego stronie, albowiem parlament brytyjski związał w tej kwestii ręce premierowi Cameronowi, wypowiadając się przeciwko inwazji.

USA na rozdrożu

Wielce symptomatyczny był fakt, że w trakcie szczytu wyraźnie zarysowała się jedność krajów grupy BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Republika Południowej Afryki). W kwestii syryjskiej zajmowały one podobną postawę, a ponadto – jak oświadczył w swoim przemówieniu inauguracyjnym gospodarz szczytu Putin – doszły one do porozumienia w sprawie utworzenia funduszu stabilizacyjnego z kapitałem w wysokości 100 mld dolarów.

Wcześniejsze wypowiedzi przedstawicieli tej grupy jasno wskazują, że zamierza ona stać się konkurentem i alternatywą wobec hegemonii amerykańskiej na polu ekonomiczno-finansowym, a w konsekwencji także na polu politycznym.

Po analizie przebiegu spotkania w Sankt Petersburg można mówić o zarysowującym się kryzysie amerykańskiego przywództwa nie tylko w świecie, ale i w obrębie państw Zachodu. Wprawdzie dyplomacji amerykańskiej udało się uzyskać w Wilnie poparcie ze strony państw UE, ale problem pozostaje.

Stany Zjednoczone pod przywództwem Obamy wydają się pozbawione jasnej i skutecznej perspektywy geopolitycznej. Słynny „reset” amerykańskiego prezydenta w stosunkach z Rosją, przynoszący jednostronne korzyści Moskwie, został w końcu przez niego samego zdezawuowany poprzez ostentacyjne zamrożenie kontaktów osobistych z prezydentem Rosji i odwołanie planowanej wcześniej na drugą połowę września oficjalnej wizyty w Moskwie.

Podobnie przedstawia się sprawa z głoszonym przez Obamę programem zwrotu ku Azji (pivot to Asia), w stronę Pacyfiku. W opuszczone przez Amerykanów newralgiczne sektory eurazjatyckiego megakontynentu coraz wyraźniej wkraczają Chiny, a swoją dawną w nich pozycję usiłuje odzyskać Rosja.

Stanom Zjednoczonym brakuje także jasnej perspektywy geocywilizacyjnej. W czasie spotkania w Sankt Petersburgu Obama spotkał się z przedstawicielami rosyjskich środowisk homoseksualnych.

Trudno nie dostrzec w tym kroku karykatury doktryny obrony praw człowieka głoszonej w drugiej połowie lat siedemdziesiątych XX wieku przez prezydenta Jimmy’ego Cartera, doktryny, która wstrząsnęła ideologicznymi podstawami dawnego bloku sowieckiego i znacząco przyśpieszyła erozję systemu komunistycznego. Obecny krok Obamy jest przygnębiającym świadectwem dekadencji Zachodu, którego najpotężniejszą częścią składową pozostają przecież nadal Stany Zjednoczone.

Osobną kwestią jest także skuteczność polityki amerykańskiej, jej możliwość inspirowania i sterowania pozytywnymi procesami społeczno-politycznymi na arenie międzynarodowej.

Wydarzenia w Syrii mieszczą się bowiem w szerszym kontekście arabskich rewolucji, które z kolei wypływają z amerykańskiego programu demokratyzacji i modernizacji Wielkiego Bliskiego Wschodu określanego skrótem GMEI (Greater Middle East Initiative). Wydarzenia w Syrii, ale także w Egipcie, a wcześniej w Libii świadczyć mogą o tym, że zamiast demokratyzacji kraje te doczekały się destabilizacji.

Podobnie oceniał sytuację w Syrii prezydent Putin. Na konferencji prasowej 31 sierpnia oświadczył on, że Stany Zjednoczone prą do akcji zbrojnej, ponieważ nie widać szans na zwycięstwo sił powstańczych z reżimem Baszara al-Asada.

Polityka | Tagi: , , ,

«

»