Cień Moskwy

20
10

2012
11:37

Z Rosją łączy nas wiele. Przede wszystkim wspólnota słowiańskiego pochodzenia, nieograniczająca się li tylko do pokrewieństwa językowego. Jest ona bowiem – jeśli wierzyć raczkującym dopiero badaniom nad genotypami poszczególnych narodów –znacznie silniejsza, niż nam się wcześniej wydawało. Łączy nas także chrześcijaństwo, jakkolwiek w różnych wyznaniach. Dzielą ideały polityczne i rywalizacja w dziele geopolitycznego uporządkowania Niżu Środkowo- i Wschodnioeuropejskiego.

Od morza do morza

W swoich dziejach Polska miała trzy wielkie szanse geopolityczne. Pierwszą wykorzystała, drugą próbowała wykorzystać, a trzecia właśnie przemija. Każda z nich wiązała się z upadkiem wielkiego imperium eurazjatyckiego. Tak było w XIV wieku, kiedy kruszyła się potęga wielkiego imperium stworzonego przez Dżyngis-chana i jego następców. W próżnię geopolityczną, jaka powstała na jego zachodnich peryferiach, weszło Wielkie Księstwo Litewskie, z którym Polska związała się unią w Krewie w 1385 roku. Następne dwa stulecia to okres niesłychanej dynamiki unijnej w polityce zagranicznej kształtującej się wtedy Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Atrakcyjny ustrój polityczny przyciąga do niej stany pruskie, które zrzucają jarzmo krzyżackie. Ich reprezentant Johannes von Baysin (Jan Bażyński) rzuca hasło „Polski od morza do morza”. Przez kilkadziesiąt lat na przełomie XV i XVI wieku polsko-litewska dynastia Jagiellonów panuje w basenie naddunajskim (Czechy i Węgry). Na kierunku północnym realizowany jest plan Prymasa Jana Łaskiego – unii ze Szwecją w celu odzyskania panowania na całym wybrzeżu bałtyckim od ujścia Odry do ujścia Wisły. W Sztokholmie przyjęto tę ofertę, a nawet zaproszono króla Zygmunta Starego na tron szwedzki. Z różnych powodów tak się nie stało, ale kilkadziesiąt lat później tron polsko-litewski obejmie jego szwedzki wnuk Zygmunt III Waza.

Z nazwiskiem tego monarchy wiąże się najambitniejszy program geopolityczny w dziejach Polski. Profesor Zbigniew Wójcik określił go jako „Trójmocarstwo”, a więc unia Polski, Litwy i Rosji. Ponieważ jednak Zygmunt III nie rezygnował z dziedzicznych praw do korony szwedzkiej, więc zasadnie można ten plan określić jako „Czwórmocarstwo”. Załamał się on w 1612 roku, kiedy to skromna załoga polska stacjonująca na Kremlu została zmuszona do odwrotu. To data zwrotna w dziejach państwa polsko-litewskiego. Wygasł impet unijny. Nie powstało zatem mocarstwo rozciągające się od Odry i Szczecina na zachodzie do Pacyfiku na wschodzie, od Szwecji na północy po Bałkany na południu, albowiem unia z Rosją miała przygotować grunt pod dzieło wyzwolenia Słowian południowych spod jarzma tureckiego. Powodem fiaska była różnica ideałów politycznych wyznawanych po stronie polsko-litewskiej (demokracja szlachecka) i rosyjskiej (despotyczne samodzierżawie). Od 1612 roku rozpoczyna się degrengolada geopolityczna Rzeczypospolitej Obojga Narodów zakończona w końcu XVIII wieku rozbiorami.

Kluczowe międzymorze

Druga szansa geopolityczna otworzyła się przed Polską w schyłkowym okresie I wojny światowej, kiedy to geopolityczny sukcesor imperium mongolskiego – Rosja carska, pod wpływem klęsk wojennych pogrążyła się w rewolucyjnym chaosie. Józef Piłsudski występuje wówczas z programem federacyjnym adresowanym do mieszkańców dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, ale myśli i o szerszej konstrukcji, obejmującej także inne zniewolone przez Rosję carską narody. Do tej koncepcji przylgnie potem nazwa prometeizm. Brak wsparcia ze strony państw zachodnich: Wielkiej Brytanii i Francji, powoduje upadek tych planów. W konsekwencji w przestrzeni między Niemcami a Rosją zamiast silnego związku federacyjnego rozciągał się pas słabości, stanowiąc zachętę do agresji ze strony potężnych sąsiadów. Rezultatem była II wojna światowa, która przyniosła Polsce wyniszczającą okupację i utratę suwerenności na okres półwiecza, a Francji i Wielkiej Brytanii wymazanie ich z grona faktycznych wielkich mocarstw.

Trzecia szansa pojawiła się przed Polską na przełomie lat 80. i 90. XX wieku. Wydarzenia na polskim Wybrzeżu w sierpniu 1980 roku i powstanie „Solidarności” podminowały i przyspieszyły upadek wielkiego eurazjatyckiego imperium, jakim był Związek Sowiecki. Przed Polską i innymi krajami międzymorza bałtycko-czarnomorsko-adriatyckiego otworzyła się szansa ujęcia sprawy we własne ręce i stworzenia silnego związku federacyjnego, liczącego się nawet w skali globalnej. Tendencję taką reprezentował śp. prezydent Lech Kaczyński. Ale jeszcze zanim prezydent zginął pod Smoleńskiem, Aleksander Smolar, szef Fundacji im. Stefana Batorego, a w ślad za nim minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski ogłosili geopolityczną kapitulację Polski, potępiając „postjagiellońskie mrzonki”.

Pasywność Polski w obszarze Międzymorza sprawia, że obszar ten traktowany jest jako budulec dla innych, obcych mu konstrukcji geopolitycznych, wychodzących z Moskwy i z Berlina. Po upadku Związku Sowieckiego wydawało się, że Rosjanie przewartościują krytycznie tendencje imperialne związane głównie z tą formą ustrojową. Wzywał do tego Aleksander Sołżenicyn, podkreślając, że naród, który daje się użyć jako tworzywo do budowy imperium, sam ponosi najcięższe straty duchowe i materialne.

Przed wieloma już laty pragmatycznie do tej kwestii zdawał się podchodzić obecny wicepremier Władisław Surkow, stwierdzając: co komu po imperium, które nie daje ani chleba, ani igrzysk. Ale dziś dominują inne nastroje i poglądy. W 2005 roku prezydent Putin oświadczył, że upadek ZSRS był największą katastrofą geopolityczną XX wieku. Znany geopolityk Aleksander Dugin jak mantrę powtarza twierdzenie, że przeznaczeniem Rosjan jest imperium, że bez imperium Rosjanie nie mogą istnieć jako naród.

Cel: wasalizacja polski

Koła moskiewskie dobrze zdają sobie sprawę, że w chwili obecnej nie dysponują odpowiednim potencjałem do odbudowy imperium. Poszukują więc partnerów. Znajdują ich w Niemczech i krajach tzw. starej Europy. Do nich adresowany jest Putinowski program „wspólnej przestrzeni od Władywostoku do Lizbony”. Jest on trawestacją projektu „bloku kontynentalnego” niemieckiego geopolityka Karla Haushofera. Wstępem do realizacji tej koncepcji był sławetny pakt Ribbentrop-Mołotow.

Polska, z powodów choćby geograficznych, leży na drodze realizacji tej koncepcji. Jej wasalizacja jest więc elementem realizacji tego programu. Jakimi zatem aktywami posługiwać się może Moskwa w swej polityce wobec Polski?

Z pewnością nadal będziemy obiektem działań propagandy rosyjskiej posługującej się retoryką wyzwoleńczą, operującej tezą, że to Armia Czerwona wyzwoliła Polskę w 1945 roku. Akcja ta za wszelką cenę będzie się starała zamazać fakt, że gdyby ta armia nie napadła na nas 17 września 1939 roku, to nie musiałaby „wyzwalać” nas w 1945 roku. Będzie też ona przechodziła do porządku dziennego nad charakterem owego „wyzwolenia”. Jak bowiem trafnie zauważyła znana opozycjonistka rosyjska Waleria Nowodworskaja, 9 maja 1945 roku, zwany Dniem Zwycięstwa, dla Polski i innych krajów naszej części Europy oznaczał po prostu „triumf NKWD nad gestapo”. Niedawna akcja zapalania zniczy na mogiłach żołnierzy Armii Czerwonej jest dowodem na to, że znaczna część środowiska tzw. autorytetów moralnych jest jednak podatna na tę retorykę wyzwoleńczą.

Okres transformacji ustrojowej w Polsce, kojarzony propagandowo z odzyskaniem niepodległości politycznej, w sferze ekonomicznej charakteryzował się zanikiem suwerenności energetycznej. Na przełomie lat 80. i 90. zapotrzebowanie Polski na ropę naftową pokrywano w połowie poprzez import z Rosji, a w połowie poprzez import z innych kierunków. Po kilku latach sytuacja uległa radykalnej zmianie. W 2002 roku Polska niemal w 95 proc. została uzależniona od jednego, rosyjskiego dostawcy.

Dopełnieniem czarnego obrazu polskiej niesuwerenności energetycznej były negocjacje, prowadzone w okresie prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego i przy niejasnej roli samego prezydenta, na temat sprzedaży firmom rosyjskim rafinerii w Gdańsku, łącznie z terminalem naftowym w Porcie Północnym. Terminal ten o zdolności przeładunkowej 34 mln ton rocznie umożliwia odbiór ropy naftowej transportowanej drogą morską, a następnie przesyłanie jej rurociągiem pomorskim do rafinerii gdańskiej ih3 płockiej. Jego utrata stanowiłaby zatem bezwarunkową, energetyczną kapitulację przed Rosją.

Po stronie polskiej blokowana jest budowa rurociągu Odessa – Brody – Płock – Gdańsk, który umożliwiłby dostarczanie wysokiej jakościowo ropy azerskiej, a w perspektywie także ropy z Kazachstanu. Polska w dziedzinie paliw płynnych nie sięga po węglową alternatywę, podejmując produkcję benzyny syntetycznej. Kiedy posłanka Janina Kraus w 1996 roku postawiła tę kwestię, to otrzymała z ust wiceministra Romana Czerwińskiego odpowiedź, że opłacalność produkcji paliw płynnych na bazie węgla zaczyna się dopiero wówczas, kiedy baryłka ropy kosztuje więcej niż 25 dolarów. Od tamtego czasu cena ropy poszybowała ostro w górę, ale stanowisko polskich władz nie uległo zmianie.

Podobny stopień uzależnienia od Rosji występuje w wypadku zaopatrzenia w gaz ziemny. Dodatkowo jeszcze, zarówno na podstawie tzw. kontraktu jamalskiego z 1993 roku, jak i ostatniej umowy gazowej zawartej przez ekipę Tuska i Pawlaka, Polska płaci horrendalnie wysokie ceny za gaz rosyjski.

Rozmontować imperium

Jeśli mielibyśmy rozpatrywać pozostałe rosyjskie aktywa we współczesnej Polsce, to musielibyśmy je określić krótko: agentura i teczki. Pułkownik Henryk Piecuch oświadczył
swego czasu, że Rosjanie, wycofując swoje wojska z Polski, pozostawili w naszym kraju ok. 16 tys. agentów. Ten problem musimy mieć zawsze na uwadze, rozpatrując nasze niełatwe relacje z Rosją.

Agenci pracujący na rzecz naszego wschodniego sąsiada to tylko część problematyki naszego bezpieczeństwa. Kolejna kwestia bowiem brzmi, czy Polska posiada skuteczne narzędzia obrony przed obcą infiltracją w postaci własnych, sprawnych służb specjalnych. Wspomniany już płk Piecuch szacował, że pozostałe w spadku po PRL służby specjalne przekazane przez ekipę Jaruzelskiego i Kiszczaka rodzącej się III Rzeczypospolitej w 55-65 proc. składały się z agentury rosyjskiej. Dla porównania, zasięg agentury niemieckiej w tychże służbach oceniał on na 15-25 procent.

Według niektórych danych, na początku lat 90. ok. pół miliona obywateli polskich miało swoje teczki w Moskwie. Nie oznacza to, że każdy z nich mógł być agentem, ale że wielu z nich może być przedmiotem różnorakiego szantażu.

Próba realizacji Haushoferowskiego „bloku kontynentalnego” zakończyła się katastrofą – II wojną światową. Czy Putinowska koncepcja „przestrzeni od Władywostoku do Lizbony” ma szansę powodzenia? Jako pewnik należy przyjąć, że pobudzi ona do działania oś Waszyngton – Pekin. Zrobią one wszystko, aby rozmontować nowe imperium eurazjatyckie. Rosję może to kosztować utratę panowania nad Syberią. A bez syberyjskich surowców Rosja jest jak stara panna na wydaniu, bez posagu, a więc nieatrakcyjna dla swoich partnerów: Niemiec i „starej Europy”.

W interesie Polski, Rosji, Europy i USA leży nie zjednoczona, ale zrównoważona Eurazja. Równowaga w Eurazji możliwa jest jedynie poprzez budowę geopolitycznej przestrzeni od Vancouver do Władywostoku. Jej zasadniczymi członami będą w sposób naturalny: kontynent północno-amerykański (USA, Kanada), „stara Europa” zbudowana wokół osi Paryż – Berlin, federacja Międzymorza bałtycko-czarnomorsko-adriatyckiego zbudowana wokół osi Warszawa – Kijów i Rosja.

Konstelacja taka zapewni wielkie korzyści każdemu z jej członów składowych, a całości rozwój w duchu cywilizacji europejskiej opartej na wartościach chrześcijańskich. W wypadku Rosji z porządku dnia zejdą jakiekolwiek próby podważania jej integralności terytorialnej czy jej panowania nad Syberią, a lęki takie podskórnie nurtują rosyjską elitę polityczną.

Artykuł ukazał się w „Naszym Dzienniku” (Sobota-Niedziela, 20-21 października 2012, Nr 246 (4481))

Publicystyka | Tagi: , ,

«

»