Ciążenie Azji

04
01

2014
10:44

W 1904 roku John Halford Mackinder ogłosił koniec „epoki kolumbijskiej” zapoczątkowanej przez wielkie odkrycia geograficzne żeglarzy pokolenia Krzysztofa Kolumba. Jej cechą charakterystyczną była supremacja i ekspansja Europy na inne kontynenty, nienapotykająca na poważniejszy opór. Proponował on odejść od europocentryzmu i spojrzeć na dzieje europejskie jako zależne od procesów, których terenem była Azja. Wszak nawet współczesna mapa narodowościowa Europy nie ma nic wspólnego z mapą opisaną w starożytności przez Herodota. Jest ona efektem tzw. wielkiej wędrówki ludów, którą spowodowały wychodzące z Azji najazdy najpierw Hunów, a później Awarów. Ostatni potężny najazd azjatycki na Europę, mongolski, ukształtował państwowość rosyjską w jej carskiej, a jeszcze bardziej sowieckiej postaci.

Od epoki wielkich odkryć geograficznych Europa porzuciła swój kompleks niższości wobec Wschodu (lux ex oriente) i zaczęła spoglądać na inne kontynenty, w tym na Azję, z poczuciem wyższości uzasadnionej jej przewagą cywilizacyjną. Sprzyjał temu fakt, że dwa największe kręgi cywilizacyjne Azji: Chiny i Indie, pogrążyły się w wielowiekowym letargu.

Great Game (Wielka gra)

W XIX wieku Azja stała się terenem „wielkiej gry”, zaciętej rywalizacji między potęgą morską Wielkiej Brytanii a potęgą lądową Rosji. Stawką w tej grze było dla Rosji wyjście na Ocean Indyjski poprzez Afganistan i ewentualne opanowanie Indii; dla Wielkiej Brytanii zaś odwrotnie – zablokowanie Rosji drogi do oceanu i obrona Indii, najważniejszej kolonii Imperium Brytyjskiego. Gra toczyła się ze zmiennym powodzeniem. Rosja opanowała Turkiestan (Azję Centralną), ale nie zdołała dojść do ciepłych mórz. Usiłowała zatem zmienić kierunek naporu. W końcu XIX wieku Piotr Badmajew doradzał carowi przyłączenie do Rosji Chin i Tybetu i stamtąd zagrożenie panowaniu brytyjskiemu w Indiach.

Wydawać się mogło, że cele carskiej Rosji zrealizował dopiero Stalin. W 1949 roku komuniści doszli do władzy w Chinach i stały się one częścią bloku sowieckiego. Ale Stalin powiedział w wąskim gronie, co odnotował Gomułka, że „Armia Czerwona miała wielkie szczęście, że przyszło jej walczyć z Wehrmachtem, a nie z armią chińską”. Podskórny lęk przed chińskim kolosem odczuwał także Nikita Chruszczow. Goszcząc w 1954 roku kanclerza RFN Konrada Adenauera, nagle poufnie zwrócił się do niego z propozycją: „Pomóżcie mi przeciwko Chinom”. Wielkim niepowodzeniem Chruszczowa była jego wizyta w Pekinie w czerwcu 1958 roku. Nie udało mu się wtedy nakłonić Mao Tse-tunga do przekazania Rosjanom chińskich portów na Pacyfiku i budowy wspólnej floty, która pod dowództwem sowieckim (ideę wspólnego dowództwa Chruszczow z góry odrzucał) patrolowałaby Światowy Ocean, przygotowując się do wojny z Ameryką.

Rozbrat na linii Moskwa – Pekin oznaczał uwolnienie się Chin od zależności od obcej potęgi. Był więc porównywalny z uzyskaniem niepodległości przez Indie w 1947 roku i ze zrzuceniem zależności od mocarstw europejskich przez inne kraje Azji. Stało się to możliwe wskutek osłabienia pozycji Zachodu, a więc tego kręgu cywilizacyjnego, który wyrastał z chrześcijaństwa. W XX wieku przeszedł on trzy wielkie wyniszczające go konflikty wewnętrzne: zainicjowaną przez Niemcy I i II wojnę światową oraz zainicjowaną przez Rosjan ideologiczną zimną wojnę, której front na długie dziesięciolecia ustalił się na linii Łaby. Osłabiony Zachód nie posiadał więc środków materialnych, aby zapobiec dekolonizacji, a przede wszystkim nie posiadał idei, które mógłby zaproponować swoim dawnym koloniom i na ich podstawie ułożyć z nimi sprawiedliwe, partnerskie stosunki.

Przebudzenie Chin

„Nie budźcie Chin! Bo gdy się obudzą, wstrząsną światem” – przestrzegał swego czasu Napoleon Bonaparte. Obecnie możemy powiedzieć, że przebudzenie Chin jest faktem. Od 1991 roku roczny wzrost ich PKB oscyluje wokół 10 proc.; z kulminacją w 2007 roku, kiedy osiągnięto aż 14,2 procent. Co więcej, prognozy na lata 2013-2016 mówią o dalszym wzroście rzędu 9,5 procent.

Przez prasę zachodnią przetoczyła się swego czasu zaprawiona obawą dyskusja: czy Chiny wykupują świat? Podnoszono w niej kwestie poniekąd ideologiczne: państwowe w większości firmy chińskie, a więc podlegające dyrektywom partii komunistycznej, poprzez zakup firm lub akcji firm działających w środowisku kapitalistycznym mogą doprowadzić do korozji tego systemu i wymierzyć cios gospodarce wolnorynkowej. Z niepokojem obserwowano, jak to określono, prawdziwą gorączkę zakupów. A rozmach tej akcji był imponujący. Chińska firma Geely wykupiła w 2010 roku słynną szwedzką firmę samochodową Volvo za 1,8 mld dolarów. China Investment Corporation przejęła za sumę 726 mln dolarów 10 proc. akcji londyńskiego lotniska Heathrow. Sinopec za 1,5 mld dolarów wykupił 49 proc. akcji brytyjskiej firmy Talisman Energy. Chińska firma Bright Food wykupiła w całości znaną francuską firmę winiarską DIVA Bordeaux za 39 mln dolarów. A to tylko kilka przykładów z długiej listy zakupów.

Geopolitycznie rzecz ujmując, pierwsze miejsce na liście chińskich zakupów zajmuje Europa, następnie Stany Zjednoczone, Afryka i Ameryka Południowa. Najwięcej zakupów dotyczy sektora energii: ropy naftowej i gazu ziemnego. Na celowniku zakupów znajduje się także Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej.

Przemilczany był jednak inny element chińskiej gorączki zakupów. Państwa grupy BRICS, której Chiny są najważniejszym uczestnikiem, otwarcie krytykują obecny międzynarodowy ład finansowy oparty na amerykańskim dolarze, od czasów prezydentury Nixona niewymienialnym na złoto. Ich argumentacja jest następująca: za konkretne towary otrzymują one (ale także inni) papierowe banknoty dolarowe. Stąd pojawiające się od czasu do czasu propozycje (w formie antyamerykańskiej pogróżki) wprowadzenia nowej waluty światowej opartej na złocie. Jest wszelako jeden powód, który powstrzymuje je przed odrzuceniem, już teraz, amerykańskiego dolara jako waluty światowej. Ten powód to ich własne ogromne zasoby dewizowe. Pod koniec 2012 roku chińskie zasoby osiągnęły kwotę 3,3 bln dolarów. Upadek amerykańskiego dolara, czy to spowodowany przez akcję grupy BRICS, czy też przez ogłoszenie bankructwa przez same Stany Zjednoczone, stanowiłby ogromny cios dla finansów Chin i innych krajów tej formacji, np. Rosji posiadającej ok. 540 mld dolarów rezerw. Z ich punktu widzenia konieczne byłoby uprzednie pozbycie się papierowych dolarów, najlepiej poprzez zamianę ich na konkretne dobra w innych krajach. I to tłumaczy nie tylko „chińską gorączkę zakupów”, ale także rosyjską.

Indie

Mniej spektakularnie niż Chiny, ale równie konsekwentnie rozwijają się Indie. Roczne tempo wzrostu ich PKB jest także imponujące: 6,6 proc. w 2009 roku, 10,6 proc. w 2010 i 7,2 proc. w roku 2011. Według prognoz, już w 2020 roku Indie staną się trzecią gospodarką świata, osiągając PKB w wysokości 9,3 bln dolarów. Wyprzedzać je będą Chiny – 26,1 bln, oraz Stany Zjednoczone – 22,5 bln PKB. Według prognoz demograficznych, w 2030 roku Indie, liczące obecnie 1,16 mld mieszkańców, staną się najbardziej ludnym państwem świata, osiągając liczbę 1,45 mld obywateli, i zdystansują na tym polu Chiny.

Dla wielkomocarstwowej pozycji Indii kluczowe jest ich centralne położenie w basenie Oceanu Indyjskiego. Region ten, rozciągający się od Zatoki Perskiej i wybrzeża Afryki Wschodniej do Archipelagu Malajskiego i po wybrzeże Australii, obejmuje ponad 28 mln km2. Zamieszkuje go jedna trzecia populacji świata. Posiada bogate zasoby naturalne. Znajduje się tam ok. 62 proc. sprawdzonych światowych rezerw ropy naftowej, 35 proc. gazu, 40 proc. złota, 60 proc. uranu i 80 proc. diamentów. Ponadto obfituje on w mnóstwo innych ważnych minerałów: żelazo, tytan, chromian litu, boksyt, kobalt, nikiel, mangan. Przez Ocean Indyjski dostarczane jest 75 proc. azjatyckiego importu ropy naftowej. Tędy też płynie większość azjatyckich towarów na rynki Europy, Afryki i krajów Zatoki Perskiej.

Robert Kaplan, amerykański analityk, twierdzi, że region ten będzie prawdopodobną areną starcia wzrastających potęg światowych: Indii i Chin, i że na Oceanie Indyjskim „rozegra się globalna walka XXI wieku”. Strategia morska Indii zakłada, że Ocean Indyjski stanowi indyjskie „Mare Nostrum”, na wzór Morza Śródziemnego w Imperium Rzymskim. Szczególną rolę w tej strategii odgrywa łuk rozciągający się od Zatoki Perskiej do cieśniny Malakka. W dokumentach z roku 2009 powtórzono te tezy z dodaniem Morza Czerwonego, Morza Południowochińskiego i południowej części oceanu jako drugiego obszaru morskich interesów Indii.

Ponadto region ten będzie najprawdopodobniej areną, na której zetrą się wzrastające potęgi światowe. Kaplan twierdzi, że w związku z jednoczesnym wzrostem Indii i Chin „Ocean Indyjski jest miejscem, gdzie rozegra się globalna walka XXI wieku”. Dlatego też nabrzeża Oceanu Indyjskiego mogą mieć ogromne znaczenie geopolityczne. Państwo, które sprawowałoby dominującą rolę na terenie północnego basenu Oceanu Indyjskiego, miałoby możliwość kontroli handlu ropą naftową i szlaków prowadzących z Bliskiego Wschodu do Europy i Azji. Region ten ma potencjał, by stać się światowym centrum, dlatego Ocean Indyjski jest coraz częściej postrzegany jako „ocean przeznaczenia XXI wieku”.

Zwrot ku Azji – odwrót z Eurazji?

Obecną politykę amerykańską wyznacza hasło: „Pivot to Asia” (zwrot ku Azji). W listopadzie 2011 roku na forum parlamentu australijskiego prezydent Barack Obama powiedział:
„Jako naród Pacyfiku Stany Zjednoczone będą odgrywały coraz większą i długotrwałą rolę w kształtowaniu tego regionu i jego przyszłości”. Oznacza to zmniejszenie zaangażowania USA w Europie i na Bliskim Wschodzie, a zwrócenie się ku Azji Południowo-Wschodniej. Towarzyszą temu, na razie symboliczne, kroki w zakresie dyslokacji wojsk, ale w listopadzie 2012 roku sekretarz obrony Leon Panetta zapowiedział, że do 2020 roku 60 proc. amerykańskiej floty wojennej będzie znajdowało się na Pacyfiku, a 40 proc. na Atlantyku. Obecnie w podziale floty między oceanami jest równowaga.

Inicjatywą, która dopiero się rozwija, jest Partnerstwo Transpacyficzne (Trans-Pacific Partnership – TPP), umowa o wolnym handlu obejmująca kraje położone nad Pacyfikiem. Jej inicjatorami były: Singapur, Brunei, Nowa Zelandia i Chile. Trwają negocjacje na temat jego rozszerzenia. Potencjalni uczestnicy to: Stany Zjednoczone, Japonia, Meksyk, Kanada, Australia, Wietnam, Malezja i Peru, ale także Korea Południowa, Tajwan, Laos, Filipiny, Kolumbia oraz Kostaryka. Uczestnictwem w TPP zainteresowane są Indie, Bangladesz, Kambodża i Indonezja. Czy Stanom Zjednoczonym uda się stanąć na czele tak szerokiego ugrupowania – czas pokaże. Wielu z potencjalnych uczestników TPP traktuje Stany jako przeciwwagę i zabezpieczenie przed dominacją Chin w regionie Pacyfiku. Ale Chiny wyraziły zainteresowanie uczestnictwem w TPP, co może postawić Waszyngton w kłopotliwym położeniu.

Oczywistym powodem „zwrotu ku Azji” jest wzrost potęgi Chin. Nie tylko rozwijają się one ekonomicznie, ale równocześnie modernizują swoje siły zbrojne. A więc także na tym polu rzucają wyzwanie Ameryce. Dziennik „Washington Post” w sierpniu 2012 roku poinformował o pracach planistów amerykańskich na wypadek starcia militarnego z Chinami. Plan nosił nazwę Air Sea Battle, a jego głównym autorem był Andrew Marshall, dyrektor Office of Net Assessement w Pentagonie. Głównym celem planu ma być niedopuszczenie do rozciągnięcia przez Chiny kontroli nad zachodnim Pacyfikiem, a przez Iran nad Zatoką Perską. W 2010 roku Stany Zjednoczone ogłosiły, że są żywotnie zainteresowane respektowaniem zasady wolności żeglugi na Morzu Południowo-Chińskim. Była to odpowiedź na chińską deklarację, że region ten, wraz z wyspami o spornej przynależności państwowej, ma „podstawowe znaczenie dla suwerenności Chin”. Zwrot ku Azji nie jest przyjmowany bez zastrzeżeń. Profesor Robert S. Ross, znawca Chin, na łamach kwartalnika „Foreign Affairs” oświadczył, że jest to polityka „niepotrzebna i bezproduktywna”. Robert Dreyfuss zaś stwierdził, że „stworzy ona więcej problemów, niż ich rozwiąże”. Istnieje przede wszystkim niebezpieczeństwo, że ten kurs zredukuje do minimum obecność amerykańską w Eurazji, w obszarze między Atlantykiem i Pacyfikiem, i otworzy tę przestrzeń dla projektów geopolitycznych typu oś Moskwa – Berlin, wymierzonych i w supremację USA, i w obecny ład międzynarodowy.

Polityka | Tagi: , ,

«

»