Bitwy z polskim handlem

22
10

2013
11:18

Najnowsze dzieje Polski znaczone są dramatycznymi zmaganiami o uzyskanie właściwej struktury społecznej, charakterystycznej dla cywilizacji zachodniej. W tych zmaganiach kluczową rolę odgrywa kwestia handlu.

Na wielką, wszechogarniającą rolę handlu w kreowaniu potęgi nie tylko gospodarczej, ale i politycznej zwracał uwagę amerykański admirał Alfred Thayer Mahan (1840-1914), klasyk geopolityki amerykańskiej, twórca teorii „potęgi morskiej”. Dokonał on znamiennego porównania, zestawiając ze sobą dwie pary narodów europejskich, które rozpoczęły penetrację Światowego Oceanu i eksplorację zamorskich lądów. Z jednej strony były to Hiszpania i Portugalia, z drugiej zaś Holandia i Anglia. „Wszyscy ludzie pragną bogactwa – sentencjonalnie stwierdzał Mahan – ale rzeczą istotną jest to, w jaki sposób dochodzą do owego bogactwa”. Hiszpanie i Portugalczycy wybrali drogę na skróty. Obłowili się złotem i srebrem, które tak obficie występowało w ich amerykańskich koloniach. Napływ tych niesłychanych bogactw do krajów macierzystych spowodował jednak załamanie gospodarcze, rozregulował mechanizm gospodarczy Hiszpanii i Portugalii i w konsekwencji doprowadził do ich upadku.

Inną drogą poszli Holendrzy, a zwłaszcza Anglicy. Postawili na handel. Mozolnie, pracowicie i konsekwentnie pokryli siecią swoich faktorii świat. Rozwój handlu był też podstawowym bodźcem do rozwoju przemysłu w ich krajach. Taki mechanizm spowodował nie tylko wzrost zamożności, ale i potęgi politycznej Holandii, a przede wszystkim Wielkiej Brytanii, która stworzyła największe imperium w dziejach świata.

Pierwsza bitwa o handel

O tym, że znaczenie handlu wybiega daleko poza sprawy ściśle gospodarcze, może świadczyć fakt, że komuniści budowę systemu totalitarnego rozpoczęli właśnie od handlu, ogłaszając tzw. bitwę o handel. Zainaugurował ją komunistyczny dyktator polskiej gospodarki Hilary Minc w kwietniu 1947 roku. Jej celem miała być likwidacja handlu prywatnego, upaństwowienie go na wzór sowiecki. Wobec prywatnych kupców stosowano szeroki wachlarz represji. Jeśli jakiś sklep dobrze prosperował, jego właściciel mógł trafić do więzienia nawet na 5 lat, a ponadto zostać obłożonym wysoką, rujnującą go grzywną.

W „bitwie o handel” posługiwano się tak represyjną instytucją jak Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, która drogą decyzji administracyjnej osadzała kupców, określanych hurtowo jako spekulanci, w obozach pracy i konfiskowała ich majątki. Podobnie zresztą postępowano z przedsiębiorcami i rzemieślnikami. Dokuczliwą formą represji były tzw. domiary podatkowe, czyli podatki naliczane wstecznie, mimo że obłożeni nimi wywiązywali się wcześniej ze swoich zobowiązań podatkowych. Ale wszystko to było podporządkowane zasadniczemu celowi: zniszczeniu prywatnego handlu.

Efekty pierwszej bitwy o handel były przerażające. Po dwóch latach ilość sklepów prywatnych w handlu detalicznym spadła ze 131 tys. do 58 tysięcy. Ilość prywatnych placówek w handlu hurtowym zmniejszyła się z 3,3 tys. do 1,1 tysiąca.

Prywatne sklepy, w imię realizacji obłąkańczej ideologii posiłkującej się hasłem walki klas, miały zostać zastąpione przez wielkopowierzchniowe placówki handlowe występujące pod nazwą Państwowe Domy Towarowe (PDT). W rezultacie tego, jak obliczono, jeszcze w latach siedemdziesiątych, za Gierka, sieć handlowa w Polsce była rzadsza niż w momencie przystępowania do „bitwy o handel”. Nagminnie występowały braki towarowe. Pewien urzędnik ze starostwa w Kłodzku, pod koniec rządów Gomułki otrzymał zadanie sporządzenia listy niedoborów towarów w sklepach powiatu. Długą listę owych braków zakończył stwierdzeniem: „Brakuje w zasadzie wszystkiego”. Początek transformacji ustrojowej w Polsce przyniósł przede wszystkim ożywienie działalności handlowej Polaków. „Polacy to Fenicjanie Europy” – mówiono, nie zawsze życzliwie, o naszych handlujących rodakach. Eksplozja handlu ogarnęła także place i ulice polskich miast. Fenomenem były również wielkie targowiska zlokalizowane w pobliżu granic, szczególnie zachodniej i wschodniej. Warszawski Stadion Dziesięciolecia stał się największym jarmarkiem Europy.

Druga bitwa o handel

Wkrótce proces ten ulega widocznemu wyhamowaniu. Towarzyszy mu kampania prasowa dyskredytująca kupców. Co ciekawe, i jest to z pewnością znak czasu, nie operuje już ona argumentacją ideologiczną jak w czasach Hilarego Minca. Miejsce argumentu walki klas i zwalczania wroga klasowego – spekulanta zajmuje teraz argumentacja estetyczna. Handel bazarowy szpeci polskie miasta – przekonują wysublimowani esteci, dając do zrozumienia, że należy bezwzględnie przedkładać estetykę nad rachunek ekonomiczny.

Wszelako działania władz administracyjnych dalekie były od subtelności. Nie dysponowały one co prawda tak rozbudowanym aparatem represji jak swego czasu Hilary Minc, ale z pewnością nie brakowało im ochoty do siłowej rozprawy z kupcami. Klasycznym tego dowodem było postępowanie prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz z kupcami użytkującymi Kupieckie Domy Towarowe (KDT) na pl. Defilad. Wbrew wcześniejszym obietnicom rady miasta, że kupcy będą mogli użytkować ten obiekt do 2030 roku, zarządzono ich eksmisję, którą przeprowadzono z całą brutalnością. Takie postępowanie prezydent Warszawy spotkało się z pochwałami premiera Donalda Tuska jako szefa Platformy Obywatelskiej.

Do rangi symbolu urasta dokonana również za kadencji Hanny Gronkiewicz-Waltz likwidacja największego w Europie jarmarku, który umiejscowił się na nieużytkowanym sportowo Stadionie Dziesięciolecia. Szacowano, że pod względem rocznych obrotów Jarmark Europa był drugą co do wielkości firmą polską, ustępującą jedynie gigantowi paliwowemu Orlenowi. Jarmark został jednak zlikwidowany, a w jego miejsce zbudowano Stadion Narodowy, który nie dość, że pochłonął krocie w trakcie budowy, to jeszcze – jak wszystko na to wskazuje – będzie placówką trwale deficytową.

Gdzie indziej zresztą sytuacja wygląda podobnie. Na szczyty biurokratycznej złośliwości wzniosły się władze Wrocławia. Funkcjonujące na jednym z wrocławskich stadionów targowisko zostało zlikwidowane przy pomocy… znaku drogowego zakazującego skrętu w prawo! Zakaz ten obowiązywał zresztą tylko w dni otwarcia targowiska.

Jaka interpretacja się nasuwa przy pobieżnej nawet analizie tej drugiej bitwy o handel? Otóż transformacja ustrojowa w Polsce okazała się wielkim tryumfem biurokracji. Biurokracja zaś, kierując się „instynktem klasowym” – było takie określenie w żargonie marksistowskich teoretyków – widzi zagrożenie swojej pozycji i zakresu swojej władzy w klasie średniej, której z kolei najważniejszą częścią składową jest kupiectwo. Co ciekawe, w walce ze stanem kupieckim biurokracja zastosowała nawet tę samą strategię, której użyto w trakcie pierwszej, mincowskiej bitwy o handel, a mianowicie sięgnięto po wielkopowierzchniowe placówki handlowe.

Inwazja marketów

Wielkie sieci supermarketów należących do kapitału obcego, jakimi pokryta została w ostatnich latach Polska, to nic innego jak ogromne desanty, które zostały wezwane i które przybyły na odsiecz polskiej biurokracji zaciekle walczącej z polskim kupiectwem. Tym razem nie przeszkadza jej fakt, że stanowią one prywatną własność. Ich zagraniczni właściciele nie uczestniczą bowiem w polskim życiu politycznym i publicznym – nie są więc w stanie i nie mają interesu w tym, żeby formułować programy i postulaty, które poszerzałyby sferę wolności obywatelskich i ograniczały zakres władzy biurokracji.

W tej walce kupiectwo ponosi dotkliwe straty. Dawno minęły już czasy wielkich targowisk zlokalizowanych chociażby przy zachodniej i wschodniej granicy kraju obsługujących klientów zagranicznych. Pod wpływem ekspansji sieci obcych supermarketów polski handel wycofał się na osiedla, przyjął postać drobnych sklepów detalicznych. Ale wspierana przez polską biurokrację ofensywa supermarketów wkracza także na ten teren. Efektem tego jest stale kurcząca się liczba polskich sklepów.

Konsekwencje tego procesu są dwojakie: ekonomiczne i społeczno-polityczne. Na płaszczyźnie ekonomicznej wielkie, obce sieci handlowe po prostu wysysają pieniądze z Polski, osłabiając nasz i tak przecież niewielki kapitał krajowy. Na płaszczyźnie społeczno-politycznej następuje zahamowanie, a nawet regres w rozwoju polskiej klasy średniej. A jak stwierdza socjolog prof. Zdzisław Zagórski, ta właśnie warstwa społeczna jest „rzeczywistą ostoją suwerenności, demokracji, bezpieczeństwa socjalnego i podmiotowości nowoczesnego społeczeństwa obywatelskiego”.

Nauki historii są natomiast jednoznaczne. Narody, które postawiły na rozwój handlu, osiągnęły sukces nie tylko ekonomiczny, ale także polityczny, i dokonały awansu kulturalnego. W klasycznej geopolityce funkcjonują zaś przeciwstawiane sobie pojęcia cywilizacja lądu/stepu i cywilizacja morza. Cywilizacja morza opiera się na demokracji, prawach i wolnościach obywatelskich, pielęgnuje ideę wolnego handlu. Cywilizacja stepu wręcz przeciwnie: wyznaje zasadę rządów autorytarnych, kolektywizm i nie toleruje zasady wolnego handlu. Kondycja polskiego handlu jest, niestety, jednym z wielu dowodów na postępujący proces cywilizacyjnego stepowienia Polski.

Historia | Tagi: , ,

«

»